Konkurs „Proza z Gazetą Kongresy” oficjalnie można uznać za zakończony! Wybór zwycięskich tekstów okazał się trudniejszy niż sądziliśmy, dlatego po dyskusjach wyłoniliśmy cztery teksty, które najbardziej zwróciły uwagę redaktorów z działu Kultury.
Jury wybrało prace, które zachwyciły nas swoim stylem, pomysłowością, formą i wysnutą historią. Dziękujemy wszystkim chętnym autorom za ich zgłoszenia i zachęcamy do dalszej pracy twórczej – niezależnie od wyników. Wszystkim wyróżnionym serdecznie gratulujemy i z radością publikujemy ich teksty na łamach naszego portalu. Kolejne zwycięskie fragmenty prozy już wkrótce.
Wśród zwycięskich prac znalazł się „Desdament” Mai Janoszek – poruszająca, ale nieoczywista opowieść o rodzinie oraz zwyczajnej kobiecie w obliczu wielkiej historii.
Jury w składzie: Maria Stanisławska, Kamil Lubczyński, Sabina Duda, Małgorzata Kostrubiec, Magdalena Lis, Julia Kardas oraz Amelia Klimek.
„Desdament” – Maja Janoszek
Woreczek niefarbowanych włosów nie kosztuje wiele. Cena jest zależna od popytu i podaży. Dużo łez – większa cena. Mniej łez – woreczek szybko ląduje w koszu. Woreczek farbowanych lub zniszczonych włosów kosztuje jeszcze mniej. Mówią – odrosną. Mówią – będą zdrowsze. Po prostu. Wszystko kiedyś odrośnie. Łzy poleją się przed samym ścięciem. Po? Ulga.
Ptaki też mają swoje włosy. Króciutkie takie. Ładne są. Ptaki w ogóle są ładne i niewinne. W naszym domu było wiele ptaków. Za tapetą, na tapecie, na parkiecie, nawet na perłowym sedesie. Wszystkie fruwały, unosiło się to złote pierze. Tak jak włosy u fryzjerki. Po włosach szurały stopy, jak kamyczki, te małe w ogródku. Czepiały się skarpetek. Wpadały w oczka firanek, jak złapane w klatkę ptaszki. Babka też łapie tak swoje dzieciory. Tyle ich, ile dziesiątek w różańcu. Tym drewnianym, z róży pachnącym aż nos zaboli. Piątka złotych głów wylatywała spod nożyc. Jarzębinowe chusty, trawiaste wstążki, stary kapelusz kowboja przecinają łąkę. Była ich piątka.
…
Odłóż kartki. Wyciągnij ręce przed siebie i łap słoneczko. No dalej. Zamknij oczęta. Zginaj palce w kościste konstelacje. Plącz je w wodorostach myśli, zaplataj. Rozciągnij. Teraz otwórz oczka. Co widzisz? Widzisz cienie? Pamiętasz, jak nie było telewizji i została tylko ta niewinna zabawa – cienie.
Po śmierci też pozostają tylko zabawy w cienie.
Po sytym obiedzie, który zawierał w sobie dokładkę, pięcioro dzieciorów siedziało na polu. Rodzice byli gdzieś w mieście. Babka przynosiła albumy i klasery. Albumy były zwyczajne, śliskie, takie podłużne. Na jednej stronie mieściły się trzy zdjęcia. Czarno-białe. Jak cienie. W klaserach były upchane znaczki. Kiedyś miały bożą kolejność. Pamiętały miększe dłonie babki, która, kiedy je zbierała, to miała jeszcze jakieś imię. Babcia to babcia. Widziały pierwszą przeprowadzkę, nowe meble, pierwsze na wsi radio. Widziały też pierwsze wyjazdy, krzyki, wyrwane z biedy znaczki z kopert, rozwody, rocznice śmierci Stalina. Niedzielne popołudnie. Tak właśnie oglądaliśmy. W innych okolicznościach nie mogliśmy ich przeglądać, nie, nie. Pozostała zabawa w podchody. Dryfowałeś na oceanie kartek własnej babki? Zanurzałeś głowę w ciężkiej, drewnianej szufladzie na tyle krótko, aby się nie utopić?
Po śmierci też pozostają tylko zabawy w podchody.
…
Ptaki kiedyś wylatują z gniazda, a wiatr wywiewa włosy zamknięte w czterech ścianach domu. Ja wróciłam. Siedzę w wannie pełnej wodorostów. Stare firanki odmaczają się w wodzie wymieszanej z wszystkimi detergentami, jakie można znaleźć w łazience przeciętnego Polaka. Morski kolor, drapiący w nos zapach. Mieszam je kijem od miotły, grzebię jak w akwarium wodorostów. Wiją się. Wspomnienia wiją się wokół komórek w mózgu. Wyschną w dwa dni.
Dom stał pusty przez 19 lat. Wejście zarosło trawami, polnymi kwiatami, a gdzieś między nimi rosły krwiste maki. Wyglądały jak nasze główki, kiedy biegaliśmy, uciekaliśmy przed nożycami babki. Też tylko chustki uśmiechały się do nieba. A potem były zabawy w cienie, podchody, jedzenie poziomek z koszyczka. Podbierałam cierpki agrest. Był taki żółtawy, zielony, zależy, jak słońce zaświeciło. Wróciłam do domu. Uprałam te wielkie, kiedyś białe firany. Dom bez firan nie ma duszy. Firanka łapie kurz, zapach smażonych kotletów, plamy brudnych od ziemi i piasku małych rączek, gniecie się, kiedy gospodarz to fleja. Babka miała je proste, z koronką, takie wydziergane przez jej babki. Kiedyś pewnie były większe. Z czasem się obkurczyły.
– Zamknij oczy.
– Wróciłam, babciu…
– Co widzisz?
– Nic.
– Ja też nie widzę… A jak masz na imię?
…
Może nie był jednak tak pusty. Zawsze siedzi tam ona. Na wersalce. Taka składana, skórzana. Nad nią obraz święty, a obok portret ślubny. Zegar tyka, wskazówka uderza w gęsty kurz. Po śmierci zegar niby staje w miejscu. Wieś dawno się wyludniła, dom pozostał. On tykał. Tik, tak, tik tak…
– Może się położysz?
– Ja jeszcze długo poleżę w szklanej wodzie, w sieci wodorostów…
– Babciu, co ty mówisz?
– Jak masz na imię dziecko drogie, niedziela, do salki! – karci mnie, podnosząc książeczkę. Była to książeczka mojej mamy. Taka, którą ma się do pierwszej komunii.
– Faustyna. Babciu, ja przyjechałam z pracy…
– Nie wymyślaj F… Ewciu, nie wymyślaj Ewciu, znowu wagarujesz – wstaje, biorąc laskę. Odsuwa nią zasłony.
– Pobaw się ptaszkami – rzuca i idzie do kuchni. Zrobi obiad? Z niedziałającej, pustej lodówki to i Salomon nie wyjmie kawałka słoniny. Ona wyciąga. Nagle ma tam gar pierogów. Zaraz je odgrzeje.
Staję na krześle, wieszam firanki. Nie pachną płynami. Pachną smażonym boczkiem, skwarkami, które przegryzam serem i ciastem pierogowym. Ześlizgują się czasami z tego pulchniutkiego pierożka. Ślizga się za widelcem, ten jeden skwareczek. No wskakuj do buźki. Na stole staje wielka misa pierogów. Stół jest pusty. Obrus gdzieś jest. Pewnie błądzi w szafie. Wije się między zapasem perfum, szali, chust, skórzanych pantofli na specjalne okazje. Siadam przy stole. Przede mną ściana. Tapeta w kwiaty. Popękany sufit. Para ucieka w stronę nieba. Chmury. Słońce. Zamykam oczy i wyciągam ręce. Czuję malutkie dłonie. Jedna para, druga, trzecia, czwarta… Każda gdzieś w innym kącie świata. Cztery strony stołu. Ja tu, na środku. W domu. Jest nagle maj. Dzień mojej pierwszej komunii świętej. Dzwony biją. Zrzucam z dłoni białe rękawiczki. Siadamy między oknem a przeciwległą ścianą. Zamykamy oczy. Błądzimy.
– Ewka, wbijasz mi łokieć w żebro!
– Faustuś, dasz mi się przejechać rowerem nad rzekę?
– Ej! Cicho, patrz Krysiu, zrobiłem pieska!
– A ja zrobię lepszego pieska.
– Ja chcę ptaszka – mówię, otwierając oczy. Patrzę na dłonie, potem cień na ścianie. Nie ma nikogo. Nie ma Ewki, Krzysia, Janka, Elizy. Jestem ja i ta jaskółka z moich dłoni.
Babcia patrzy. Łapie ptaszka w dłonie i głaszcze po skrzydełku.
– Kiedyś odleci… Wiesz, że to są małe dusze? Śpieszą do domu – wypuściła go. Wylatuje przez rozbitą szybę okna. Widać wandale chcieli tu wtargnąć. W dużym pokoju naliczyłam cztery dziury. Pierogów też nie ma. Na stole są tylko zadrapania, podpisy markerem MILO TU BYŁ 2024. Ale nas nie było. Babci też tu nie ma.
– Ja zawsze będę czekać.
…
Schody skrzypią przy najmniejszym ruchu. Biegnę po nich na górę. Gonią mnie małe dzieci, a w radiu ktoś mówi, jaka będzie pogoda. Opady. Trzeba zdjąć pranie. Moje firany schną na strychu. Wchodzę. Gorąco. Blacha zdążyła nagrzać się od słońca. Szybko tu schło wszystko. Na strychu tańczą cienie. Mają własny parkiet duchów. Kołyszą się w przód i tył. Zdejmuję ze sznurków pranie. Znikają.
– Nie straszy na żadnym strychu! Szatan was opętał?
– Ale babciu, przecież widzieliśmy tam ducha! Miał takie blade policzki…
– Wy też będziecie mieli ino blade lico, niech mi tylko ktoś spróbuje sam na strych włazić!
Teraz byłam sama. Nie zamknęłam strychu. Może babcia znowu mnie okrzyczy.
Zakleiłam dziury taśmą, powiesiłam resztkę firanek, starłam ze stołu kurz. Teraz było po bożemu. Brakowało tylko niedzieli. Jak nie ma niedzieli, to pozostają podchody… Do komody!
Skradam się na palcach. Za mną idą gęsiego małe duchy. Pięcioro huncwotów. Otwieramy szufladę pełną po brzegi. Kartki, dyplomy, wyblakłe laurki, obrazki od księdza, te duże prostokątne albumy. Są. Dokumenty.
– Co tu pisze Jasiuuuuu?
– Jasiu przeczytaj nam! – krzyczeliśmy, chowając się za stogami siana na polu. Najstarszy brał stos kartek. Krzywił się.
– Ale bazgroły… E… No to tu pisze Mój desdament – przeczytał niepewny.
– A co to desdament? – pytałam, łapiąc go za rękawek koszulki. Wzruszał ramionami. Wtedy babcia wołała na herbatkę.
Znalazłam znowu tajemniczy dokument. Desdament.
…
Babcia kiedyś na pewno miała jakieś imię. Na pewno w tym domu ktoś jeszcze kiedyś mieszkał z babcią. Na zdjęciach, tych czarno-białych, był taki pan. Nie wiem, jak miał na imię. Jego album babcia miała w szafie, pod zimową pierzyną. Nie skradaliśmy się tam. Tylko raz… może zerknęłam. Wiem też, że babcia nam gotowała. Przecież nas karmiła. No i słuchała radia, sprzątała. Jakoś tak żyła. Lubiła chyba to, bo to robiła.
– Co lubisz babciu najbardziej na świecie?
– Jak mi nie grzebiecie w sprawunkach i jecie rosół do końca – mówiła z uśmiechem.
Desdament muj skromny dajcie mojemu, menżu Julianowi J. dom, gospodę, dzieci niech majom dach potem nad czołem i me obrazki. To moje zapisy ostatnie.
Prosze o wykonanie. Bardzo uprzejmie jak, me imie powabne Rozalija
Rozalija J
Moja babcia miała na imię Rozalia. Nie miała skończonej szkoły, wyuczonego zawodu. Malowała obrazki. Schowane były pod tą pierzyną, razem ze zdjęciami. Miała męża, a my dziadka. Dom był jej, nie jego. On nie miał nic. Przeżyła go. Babcia miała imię. Pomimo tego napisała swój desdament… Znaczy testament.
Komentarz jury
Magdalena Lis: Z tajemnicy urywków rzeczywistości wyłania się postać babci – złożona z drobnych scen, smaków, beztroskich zabaw z dzieciństwa pod jej opieką i trudnych życiowych mądrości. Ale istnieje też inna babcia: ta, która myli imiona, przekręca słowa i sama stopniowo znika. W obu kobietach jest coś nieuchwytnego i tajemniczego. Bez banałów i stereotypów (może poza zamiłowaniem do karmienia wnucząt).
Bardzo podobała mi się struktura tego tekstu. Autorka umiejętnie operuje narracją, która przypomina działanie wybiórczej pamięci. Chaotyczne przeskoki czasowe, obrazowe opisy i uderzające dialogi sprawiają, że tę historię niemal się przeżywa, a nie tylko czyta. Działa tu zasada „show, not tell”.
Sabina Duda: „Desdament” wyróżnia się pełnym obrazów i metafor językiem. Autorka w sugestywny, nasycony symboliką sposób ukazuje motyw zacierania pamięci oraz powrotów do przeszłości. Na uwagę zasługuje umiejętne przywoływanie ciepłych wspomnień (np. poprzez obraz jedzonych owoców) oraz nadanie znaczenia z pozoru zwykłym firanom, które stają się nośnikiem pamięci i ważnym elementem domowej przestrzeni. Tekst nie należy do łatwych w interpretacji, lecz jego niejednoznaczność jest tutaj atutem. Brak wyraźnego klucza oddziałuje na odbiorcę i skłania do głębszych refleksji. Szczególnie interesujący jest również nielinearny sposób prowadzenia narracji. Przeszłość nieustannie przeplata się z teraźniejszością, tworząc obrazy, których nie sposób wyraźnie rozdzielić. Autorka zastosowała naprawdę intrygującą technikę narracyjną. Czytelnik widzi obraz domu, który jest pusty i jednocześnie wypełniony śladami obecności, a wspomnienia nakładają się na siebie tak, że wszystko zdaje się dziać równolegle.
Fot. nagłówka: Maria Stanisławska i Magdalena Lis/Gazeta Kongresy
O autorze
Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Łódzkim. W wolnym czasie pochłania wszystko, co związane z muzyką. Jej ulubione miejsce na świecie - poza rodzinnym miastem, Islandią i halami koncertowymi - to własne łóżko, gdzie ogląda filmy i odpoczywa od szukania guza.
Studentka Kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Miłośniczka literatury, sztuki, sportów (tych oglądanych na ekranie), długich wycieczek i historii. Aspirująca pisarka, która po prostu nie potrafi usiedzieć w miejscu (ani wybrać jednego zajęcia).
Studentka edytorstwa na Uniwersytecie Opolskim. W wolnym czasie czyta książki. Miłośniczka kotów, badmintona i gier planszowych.
Absolwentka twórczego pisania i edytorstwa na Wydziale Filologicznym UWr. Studentka publikowania cyfrowego i sieciowego na Wydziale Komunikacji Społecznej i Mediów UWr. Uwielbia sztukę filmową, literaturę oraz długie spacery.
Pochodzący z Ciechanowa student lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Początkujący pisarz – publikuje opowiadania na łamach „Akantu”, „Strzępów" i innych czasopism literackich. Interesuje się szeroko pojętą kulturą, w szczególności literaturą i muzyką, bez których nie wyobraża sobie życia. Często zagłębia się w tematy spoza głównego nurtu.
„Zainteresuj się polityką, zanim ona zainteresuje się tobą". Zajmuję się polityką i stale staram się zrozumieć, jak działa jej świat. Dzień bez podcastów jest dla mnie dniem straconym. Jestem studentką twórczego pisania i edytorstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Uważam że, w życiu najważniejsza są pasja i charyzma, które codziennie pchają nas do przodu i pozwalą spełniać marzenia.
studentka dziennikarstwa na UW. Uwielbia czytać literaturę piękną, oglądać thrillery psychologiczne i pisać wszelakie twórcze teksty: artykuły, opowiadania oraz wiersze.




