Przejdź do treści

Mołdawia śpiewa o Europie – nie cała

W Mołdawii wyrasta silne marzenie o Unii Europejskiej. Plan jest ambitny. Partia Akcji i Solidarności (PAS), która chce wprowadzić kraj do Wspólnoty do 2028 roku, 28 września wygrała wybory parlamentarne. Ugrupowanie, z którego wywodzi się obecna prezydent Maia Sandu, zdobyło samodzielną większość. Prorosyjski Patriotyczny Blok Wyborczy (BEP) pod kontrolą byłego prezydenta Igora Dodona uzyskał zaledwie 24% głosów – mniej niż przewidywały sondaże.

W Mołdawii za przystąpieniem do UE opowiadają się głównie młodzi. Dziś w kraju nie ma dla nich perspektyw. Chcą zmian, bezpieczeństwa i przyszłości.  – Widzimy siebie w Europie. Wiesz, u nas głosuje się albo na Rosję, albo na Unię, nie ma innych kategorii. Głosujesz za tą częścią świata, do której chcesz przynależeć. – mówi mi Iurie, student z Kiszyniowa.

Proeuropejski kurs nie będzie jednak dla Mołdawii drogą usłaną różami. Chociaż jest już państwem kandydującym do Unii, to ma przed sobą wiele wyzwań. Jednym z nich jest separatystyczny region Naddniestrza, w którym stacjonują rosyjscy żołnierze. Wspieranie tego samozwańczego państwa to nie jedyna forma destabilizacji, do której ucieka się Kreml. Tegoroczne wybory, określane jako najważniejsze we współczesnej historii kraju, nie były wolne od prób korupcji i szerzenia dezinformacji.

Państwo w państwie – granica

Do Kiszyniowa docieram na tydzień przed wyborami. Kupuję mołdawską kartę SIM i na powitanie dostaję SMS-a od nadawcy widniejącego jako Policja Republiki Mołdawii:

Nie ryzykuj swoim głosem, stracisz wszystko! Sprzedaż lub kupno głosu jest nielegalne i podlega karze grzywny do 37 500 lei. Zgłoś korupcję wyborczą pod numer 112.

Z lotniska sprawnie udaje się złapać marszrutkę (mikrobusa), czyli zbiorową taksówkę, która jest popularnym środkiem transportu w krajach byłego Związku Radzieckiego. Bus zabierze nas do miasta Bendery, drugiego największego w Naddniestrzu.

Dojeżdżając do granicy, czuję delikatny stres. Przypomina mi się notatka na stronie polskiego MSZ-u:

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże, które nie są konieczne, do niekontrolowanego przez rząd w Kiszyniowie naddniestrzańskiego regionu Republiki Mołdawii (tzw. Republika Naddniestrzańska). Udzielenie pomocy konsularnej przebywającym tam obywatelom polskim w praktyce nie jest możliwe.

Kierowca zatrzymuje pojazd i każe wysiadać. Przy bramkach granicznych stoją wojskowi w rosyjskich mundurach, ale bez naszytej flagi. Żołnierze sprawdzają busa, a my z innymi towarzyszami podróży wchodzimy do małego baraku. W środku czeka dwóch pograniczników, którzy skontrolują nasze paszporty. Podróżujący ze mną kolega, Kuba – jednocześnie mój przewodnik i tłumacz – bierze ode mnie dokument i przekazuje go rosyjskiej żołnierce, która wkłada go do skanera i przygląda się nam uważnie.

– Cel wizyty?

– Turystyka.

– Gdzie śpicie?

– W prywatnej kwaterze w Tyraspolu.

– Wpiszę Wam tu dla spokoju hotel „Rosja” jako miejsce pobytu, żeby nie wpisywać prywatnej kwatery, której nikt nie zna.

Strażniczka oddaje nam dokumenty z włożoną do książeczki paszportowej kartką – to nasza wiza, której pod żadnym pozorem nie można zgubić. Dzięki niej tu wjeżdżamy i dzięki niej wyjedziemy. Naddniestrzańscy pogranicznicy nie mają prawa wbić nam pieczątki do paszportu. Karteczka, którą dostajemy, to jedyny dowód na to, że byliśmy w Naddniestrzu.

Po zakończonej kontroli wracamy do marszrutki i jedziemy dalej. Naddniestrze wita nas delikatnymi nerwami, widokiem wysuszonych pól, budynków gospodarczych i masywnych fabryk. Ale pierwsze wrażenie to także ludzka życzliwość. Współtowarzysze podróży śmiało nas zagadują, uśmiechają się, mimo widocznego zmęczenia na ich twarzach i panującego tu upału.

Pół godziny drogi od granicy kierowca marszrutki podaje Kubie kartkę z zapisanymi numerami autobusów, którymi dojedziemy z Bender do Tyraspola. Wysadza nas na środku ronda i życzy dobrej drogi.

Sheriff rządzi

Dalej ruszamy do Tyraspola starym, rozpadającym się autobusem numer 19. Bilety kupujemy u konduktorki w środku pojazdu. Każda z nich wygląda tu podobnie – w jednej dłoni ściska plik banknotów, w drugiej plik biletów, na sobie ma fartuszek przypominający kuchenny, a jej twarz przechodzi od grymasów niezadowolenia do obojętności. W zatłoczonym pojeździe zwracam uwagę na kabinę kierowcy, a dokładniej na przypiętą do kierownicy zawieszkę w charakterystyczne czarno-pomarańczowe paski. Rozpoznaję wstążkę Świętego Jerzego – symbol kojarzony dziś m.in. z rosyjską agresją na Ukrainę.

Do stolicy docieramy po około 30 minutach drogi i wymieniamy euro na miejscową walutę. W Naddniestrzu obowiązuje rubel naddniestrzański. Można go zdobyć i użyć tylko tutaj. Poza tą separatystyczną republiką jest bezwartościowy, nawet w Mołdawii nie wymienimy go na leje.

Po krótkim spacerze szybko odnajdujemy nasz nocleg na ulicy imienia Karola Marksa, tuż obok ulic imienia Róży Luksemburg i Włodzimierza Lenina. Zaledwie dwie godziny lotu samolotem z Warszawy, godzina podróży z lotniska, a jesteśmy w innym świecie, w innych czasach, w objęciach odległej nam mentalności.

Tyraspol – centrum miasta| Fot. Filip Dobrosielski

Tyraspol wita nas blokowiskami, rosyjskimi flagami, sierpem i młotem, archaicznymi dla nas markami samochodów obok nowych BMW z przyciemnianymi szybami, a nad tym unosi się wszechobecne logo firmy Sheriff. Założona w latach 90. przez byłych milicjantów Viktora Gushana i Ilję Kazmałego grupa, zdobyła monopol na import towarów spożywczych do Naddniestrza. W praktyce każdy większy market należy tu do Sheriffa. Konkurencji po prostu nie ma.

Sklep sieci Sheriff w Tyraspolu | Fot. Filip Dobrosielski

Wpływy koncernu sięgają jednak znacznie dalej. Sheriff kontroluje przemysł paliwowy, lokalne media, sieć telefonii komórkowej, firmy budowlane, agencje reklamowe. To infrastruktura, która nie tylko zapewnia zyski, ale też realną władzę. Nie bez powodu o Naddniestrzu mówi się jako o „republice korporacyjnej”. Wejście grupy do świata polityki udało się poprzez partię Odnowienie, dominującą dziś w Radzie Najwyższej. To z jej ramienia, od 2016 roku, urząd prezydenta samozwańczej republiki sprawuje Wadim Krasnosielski, związany z politycznym zapleczem koncernu.

Kontrasty

O samych założycielach grupy wiadomo jednak niewiele. Plotki mówią, że Gushan był agentem KGB, mógł mieć pseudonim „Sheriff”, a interesy prowadzi nie tylko w Naddniestrzu, ale też w Europie i Rosji. Ale jak wiadomo – pieniądze lubią ciszę. O samej firmie jest głośno, o jej właścicielach niekoniecznie. Sheriff po prostu bije tu po oczach, ale decydenci siedzą w cieniu. Paradoksalnie, bo drugim największym budynkiem w Tyraspolu jest pałac, będący siedzibą firmy. Odgrodzony wysokim płotem, budkami ochroniarskimi, z lustrzanymi szybami i zaparkowanymi pod nim drogimi samochodami, znajduje się w samym centrum miasta i jest symbolem społecznego kontrastu. Oligarchiczny system jest tu bardzo widoczny. Łady pamiętające ZSRR, obok drogich BMW. Tajemnicze wille, rezydencje i puste apartamenty, na które szary człowiek nie może sobie pozwolić, obok rozpadających się blokowisk opanowanych przez bezpańskie koty i sączących piwo staruszków. Część mieszkańców Naddniestrza właśnie z tych powodów pozwala sobie na krytykę koncernu, ale bardzo nieśmiałą.

Gladiatorzy Sheriffa

Oligarchowie mają to do siebie, że lubią mieć świat sportu w swoich rękach. Postanawiamy odwiedzić dumę Sheriffa – ogromny kompleks na obrzeżach Tyraspola, będący siedzibą klubu FC Sheriff Tiraspol. Zajmuje około 50 hektarów, a w jego skład wchodzą: akademia piłkarska i pływacka, korty tenisowe i 3 duże stadiony, z czego jeden jest krytą halą – największą w Mołdawii. Na miejscu działają też kawiarnie, sklepy z pamiątkami i salon Mercedesa.

Sheriff Tyraspol jest wielokrotnym zwycięzcą mołdawskiej ligi Divizia Națională. Klubowi udało się nawet zakwalifikować do Ligi Mistrzów w 2021 roku. Naddniestrzańscy piłkarze zadziwili wtedy świat europejskiej piłki. Zwycięstwo z Szachtarem Donieck 2:0, ale co najważniejsze – z Realem Madryt 2:1 na Estadio Santiago Bernabeu – o Tyraspolu usłyszało dzięki temu wielu

Siedziba FC Sheriff Tiraspol | Fot. Filip Dobrosielski

Serdeczność

– Jak tu się żyje?

– Dobrze! – odpowiada Viktor, starszy pan poznany na przystanku, wieloletni mieszkaniec Tyraspola. Mówi, że od pięciu lat jego córka mieszka w Polsce, gdzieś na Pomorzu, choć nie pamięta nazwy miasta.

Viktor urodził się we Lwowie. Jako dziecko uczył się nawet polskiego, ale trudność sprawiał mu alfabet łaciński.

– Ponad trzydzieści lat temu przeprowadziłem się za pracą do Kiszyniowa. Niedługo później trafiłem tutaj i już zostałem. Jest bezpiecznie, praktycznie przez cały rok ciepło i po prostu ładnie. 2 września Naddniestrze obchodziło 35-lecie!

Viktor jest jednym z wielu ludzi spotkanych przez nas w Naddniestrzu, z którymi zwykłe pytanie o drogę czy godzinę odjazdu autobusu przeradzało się w serdeczną rozmowę. Na nasze pochodzenie nikt nie reagował wrogo ani z rezerwą, a trzeba wiedzieć, że obywatele są tu bombardowani rosyjską propagandą. Mieszkańcy regionu byli przeważnie otwarci, pomocni i łatwo nawiązujący kontakty.

Przystanek autobusowy w Tyraspolu | Fot. Filip Dobrosielski

Patronka

Rosja podtrzymuje istnienie Naddniestrza. Stacjonuje tutaj około półtora tysiąca rosyjskich żołnierzy. Miłość do patronki czuć na każdym kroku. Rosyjskie flagi powiewają tu na najważniejszych budynkach państwowych: Radzie Najwyższej, siedzibie władz miasta czy uniwersytecie. Co ciekawe, Moskwa oficjalnie nie uznała istnienia tego quasi-państwa.

W Tyraspolu na ulicy Karla Liebknechta znajduje się baza rosyjskich wojsk operacyjnych. Przed wejściem stoi żołnierz z długą bronią i bacznie przygląda się otoczeniu. Teren jest szczelnie ogrodzony, a na płocie dostrzegamy graffiti z wizerunkami rosyjskich żołnierzy. Sąsiadującym do bazy budynkiem jest Dom Oficerów Armii Rosyjskiej z pomnikiem Kutuzowa przed wejściem. Trzeba zaznaczyć, że Naddniestrze to królestwo pomników. Lenina spotykamy na każdym kroku. Jest też Dzierżyński czy popularny tu Gagarin. Nieopodal budynku Rady Najwyższej znajdujemy Pomnik Chwały Wojennej. To kompleks memorialny, który upamiętnia poległych w m.in.: II wojnie światowej, wojnie afgańskiej oraz konflikcie naddniestrzańskim z lat 1990–1992.

Dom Oficerów Armii Rosyjskiej w Tyraspolu | Fot. Filip Dobrosielski
Budynek Rady Najwyższej w Tyraspolu | Fot. Filip Dobrosielski

Rozpad

Mołdawia nie może sobie poradzić z maleńkim Naddniestrzem głównie przez sięgające tu macki Kremla. W 1992 roku, gdy ogłoszono powstanie Republiki Mołdawii, wybuchła wojna domowa, która pochłonęła setki ofiar. Kiszyniów chciał powstrzymać separatystyczne zapędy elit na wschodnim brzegu Dniestru i poniósł klęskę.

Naddniestrze oddzieliło się od Mołdawii przede wszystkim dlatego, że region miał inną strukturę etniczną i wizję przyszłości niż reszta kraju. Na lewym brzegu Dniestru dominowała ludność rosyjsko- i ukraińskojęzyczna, silnie związana z postsowiecką kulturą przemysłowego regionu. W reszcie Mołdawii narastał natomiast ruch podkreślający rumuńskie korzenie, język i symbolikę kraju. Głoszono wizję panrumuńską, wedle której Mołdawianie i Rumunii to jeden naród. Mówiono o potencjalnym zjednoczeniu obydwu państw. W Naddniestrzu odebrano to jako zagrożenie dla własnej tożsamości i pozycji politycznej. Na tę reakcję nałożyły się interesy lokalnych elit, a wsparcie rosyjskich wojsk umożliwiało regionowi zbrojny opór.

Krótka wojna w 1992 roku przypieczętowała separację, a Naddniestrze ukształtowało własną tożsamość, która do dziś legitymizuje jego odrębność, mimo braku międzynarodowego uznania. Samozwańcza republika jest dziś uznawana jedynie przez Osetię Południową i Abchazję, czyli również nieuznawane państwa, których flagi powiewają na wielu publicznych budynkach w Naddniestrzu.

Zima bez gazu i szantaż

Zamrożony konflikt na terenie Mołdawii utrudnia jej drogę do Unii. Naddniestrze jest kulą u nogi kandydującego państwa, ale rząd w Kiszyniowie przez długi czas był od niego uzależniony gospodarczo. Latami separatystyczna republika wytwarzała około 80% zapotrzebowania na energię dla całego kraju. Mołdawia była pośrednio uzależniona od dostaw rosyjskiego gazu, który do elektrociepłowni w Naddniestrzu docierał niemal za darmo. Dawało to władzom w Tyraspolu poczucie bezpieczeństwa i zyski. Mołdawski rząd nie mógł uderzyć na quasi-państwo, znajdując się pod wpływem energetycznego szantażu. W tym samym czasie naddniestrzański eksport mógł korzystać z unijnej strefy wolnego handlu (Mołdawia jest jej częścią).

Wszystko zmieniło się wraz z rosyjską inwazją na Ukrainę. Handel separatystycznej republiki odbywał się już tylko na jej zachodniej granicy, wschodnia została zamknięta, gdy Kijów wysadził mosty graniczne. Mołdawia natomiast uzbroiła się w gaz z Europy, co pozwoliło jej wyjść spod szantażu i uderzyć ekonomicznie w rząd w Tyraspolu bez obawy o odwet. Wprowadzono cła na naddniestrzańskie towary, co spotkało się ze znaczącą reakcją obywateli samozwańczego państwa i jego władz.

Z kolei w styczniu 2025 roku do Naddniestrza przestał płynąć gaz. Gazprom mógł go tu dostarczać przez ukraińskie terytorium do końca 2024 roku, zgodnie z umową, której rząd w Kijowie nie przedłużył. Dla Mołdawii uniezależnionej już od rosyjskiego gazu nie był to problem, ale dla drugiego brzegu Dniestru już tak. Kryzys dotknął przemysł, w tym interesy Sheriffa. Z kolei mieszkańcy przywitali zimę z wyłączonym ogrzewaniem centralnym. Władze w Tyraspolu szukały nowego rozwiązania i ostatecznie musiały przystać na ofertę rządu w Kiszyniowie, wedle której do Naddniestrza miał popłynąć gaz dostarczany przez Moldovagaz.

Dworzec autobusowy w Benderach | Fot. Filip Dobrosielski

„Chciałbym tutaj Europy”

Ostatniego wieczoru w Naddniestrzu zaczepia nas mężczyzna, który po kilku minutach rozmowy o mieście i celu naszej podróży przedstawia się:

– Nazywam się Wiktor Pleszkanow. Przez ostatnie trzy lata siedziałem w kolonii karnej w Tyraspolu. Tylko dlatego, że wspierałem Ukrainę – mówi z przejęciem w oczach. – Udało mi się wyjść na wolność m.in. dzięki interwencji unijnych dyplomatów i jestem im za to bardzo wdzięczny – podkreśla.

Pytamy, czy nie myślał o wyjeździe. W końcu służby w Naddniestrzu raczej nie zostawią go w spokoju, nawet po ułaskawieniu.

– Nie. Ja chcę tutaj Europy, demokracji – odpowiada bez wahania. Pleszkanow zasypuje nas anegdotami, opowiada o swoim aktywizmie, pokazuje swój kanał na YouTube. Po chwili poznajemy jego żonę, Oksanę, która wychodzi z pobliskiego sklepu. To przesympatyczna kobieta, która z uśmiechem studzi zapał męża – Chłopcy chcą iść coś zjeść, daj im już spokój.

Wiktor śmieje się, że może faktycznie nie ma co się tak rozgadywać, zwłaszcza że stoimy dosłownie kilka kroków od siedziby ministerstwa sprawiedliwości. Zamieniamy jeszcze parę zdań, świadomi, że choć moglibyśmy chłonąć więcej jego historii, to nie jest najlepsze miejsce na dłuższą rozmowę.

Wiktora oskarżono o nawoływanie do ekstremizmu. Podstawą do wyroku skazującego miały być jego wpisy na Facebooku: „Sława Ukrainie, śmierć PMR” (PMR – Pridniestrowskaja Mołdawskaja Riespublika). Na swoich profilach społecznościowych pokazywał się również z ukraińską flagą. Temat wojny w Ukrainie jest w Naddniestrzu szczególnie piętnowany. Przekaz władz na jej temat jest oczywiście zgodny z rosyjską propagandą. Oliwy do ognia dolała propozycja Ukraińców dla mołdawskiego rządu – Kijów zaproponował  pomoc w rozwiązaniu problemu Naddniestrza poprzez wspólne działania deokupacyjne.

Hotel Kiszyniów | Fot. Filip Dobrosielski

Kiszyniów – szarość, bloki i karetki

Ruszamy z powrotem do Kiszyniowa, gdzie spędzimy kilka dni. Znajdujemy marszrutkę i po godzinie drogi dojeżdżamy do granicy. Tym razem jednak nie wysiadamy – do busa wchodzi żołnierz, który zbiera wszystkie paszporty i karteczki wizowe. Po 15 minutach wraca i daje plik dokumentów pierwszemu lepszemu pasażerowi. Szukamy swoich paszportów i przekazujemy resztę książeczek na tył pojazdu. Wyjechaliśmy z Naddniestrza.

Opuszczony hotel National, Kiszyniów | Fot. Filip Dobrosielski

Kiszyniów na wstępie uderza wielkimi blokowiskami. Przytłaczają, jakby kładły się na ulice i piętrzyły jedne nad drugimi. Szarość, karetka za karetką, korki i upał. Miasto wygląda jak idealna sceneria teledysku do utworu post-punkowej, mrocznej kapeli. Nie jest to najmilsze powitanie, ale każdego kolejnego dnia widzę, że Kiszyniów miewa różne nastroje. Raz jest oschły, zaniedbany i przestraszony, tęskniący za nieistniejącymi lepszymi czasami. Innym razem jest urokliwy, młody i patrzący w przyszłość.

Kradzież stulecia, czyli dlaczego jest jak jest

Mołdawia od lat targana jest problemami na tle ekonomicznym czy politycznym. Od ogłoszenia niepodległości tym małym państwem rządziły elity, które nie potrafiły zadbać o podstawowe potrzeby obywateli. Jakość usług publicznych, problemy z korupcją, bieda – to wszystko odchodzi w cień, gdy podniesionym głosem mówi się o religii, polityce międzynarodowej i tożsamości. Władze skutecznie znajdowały tematy zastępcze, które energetyzowały społeczeństwo. W tym samym czasie pławiły się w luksusach, okradały państwowy majątek i prowadziły swoje ciemne interesy.

Sobór Narodzenia Pańskiego w Kiszyniowie | Fot. Filip Dobrosielski

Mówiąc o korupcji w Mołdawii, nie sposób nie wspomnieć o tzw. kradzieży stulecia – procederze, który wstrząsnął krajem. W 2014 roku, za rządów tzw. Eurosojuszu, koalicji trzech deklaratywnie proeuropejskich partii, wyprowadzono ponad miliard dolarów z trzech mołdawskich banków: Banku Oszczędnościowego Mołdawii, Unibanku i Social Banku. Za kradzieżą stała rozbudowana sieć polityczno-urzędnicza powiązana z ówczesnym obozem władzy. W centrum sprawy wymieniano trzech wpływowych biznesmenów: Vladimira Plahotniuca, szefa PSDE, byłego premiera Vladimira Filata oraz Ilana Șora, który kierował radą Banku Oszczędnościowego. Mechanizm oszustwa opierał się na udzielaniu ogromnych pożyczek firmom kontrolowanym przez środowisko Șora, po czym stosowano różne metody, aby ukryć przepływ środków i zatrzeć wszelkie ślady.

Plahotniuc został aresztowany 22 lipca 2025 w porcie lotniczym w Atenach – w związku z wydanym wcześniej alertem Interpolu. Na kilka dni przed wyborami greckie władze wydały go Mołdawii. Prorosyjski polityk, biznesmen, nazywamy „lalkarzem” przez sieć swoich rozległych wpływów, stanie przed sądem w Kiszyniowie. Wieść, która spadła na scenę polityczną na kilka dni przed tegorocznymi wyborami, spowodowała otwieranie szampana raczej w sztabie PAS niż na Kremlu. Możemy przypuszczać, że termin nie był tu przypadkowy.

Ukradziony miliard stanowił w 2014 roku 12% PKB Mołdawii. Afera zabrała obywatelom nadzieje na jakiekolwiek zmiany. Po kradzieży kraj popadał w marazm, aż do pojawienia się na arenie politycznych zmagań wspomnianej Partii Akcji i Solidarności, założonej w 2016 roku przez Maię Sandu – absolwentkę Harvardu, niegdyś doradczynię dyrektora Banku Światowego, twardą polityczkę, a od 2019 roku pierwszą prezydentkę Mołdawii. W 2021 roku jej PAS doszedł do władzy z misją rozliczenia odpowiedzialnych za kradzież z 2014 roku i obietnicą walki z korupcją.

Maia Sandu i kurs proeuropejski

Sandu postawiła także na kurs proeuropejski i niepodległościowy. Kulminacją zwrotu w stronę Wspólnoty było referendum z października 2024 roku, dotyczące wpisania do konstytucji dążenia państwa do członkostwa w Unii Europejskiej (Mołdawia od 2022 roku jest kandydatem do UE). Wynik – 50,46 proc. za, 49,54 proc. przeciw – pokazał, jak głęboko podzielone jest społeczeństwo. Różnica była minimalna, a jej skala wynikała nie tylko z polaryzacji, lecz także z prób kupowania głosów przez Rosję.

Sytuacja nie zmieniła się w tegorocznych wyborach parlamentarnych. Przeciwnie – Kreml intensyfikował działania destabilizujące. To nie była zwykła kampania internetowych oszczerstw wobec Sandu i jej partii, a rozległy system ingerencji i dezinformacji. Moskwa miała na niego przeznaczyć ponad 300 mln euro. Dochodziło do cyberataków na infrastrukturę wyborczą, a za pośrednictwem Ilana Șora, który od wyroku z 2019 roku ukrywa się w Moskwie, finansowano kampanie prorosyjskich ugrupowań, w tym tych wchodzących w skład Patriotycznego Bloku Wyborczego (BEP). Nie obyło się także bez prób kupowania głosów. Problem dotyczył szczególnie obszarów wiejskich i prorosyjskiej Gagauzji, autonomicznego regionu o separatystycznych zapędach. Ludzie działający na zlecenie Kremla szczególnie skupili się na przekupywaniu ubogich, proponując np. worek kaszy za oddanie głosu na BEP czy inne sprzyjające Moskwie partie, grożąc obywatelom, że jeśli Ci w zamian za zapłatę nie oddadzą głosu po ich myśli, to czekają ich kary umowne.  

Ostatecznie PAS wygrał wybory zdecydowanie i zdobył 55 na 101 mandatów. Samodzielna większość uzyskana w trudnych czasach pozwoli prozachodniemu rządowi kontynuować proces deoligarchizacji i wprowadzania kluczowych reform. Znakomity wynik jest w dużej mierze zasługą diaspory, która w ponad 78% oddała swój głos na partię, z której wywodzi się Sandu.

„Polska to piękny kraj!”

Agitatorki PAS w Kiszyniowie | Fot. Filip Dobrosielski

Kiszyniów na tydzień przed wyborami pulsuje nerwową energią. Podskórnie czuć duże napięcie. Na co dzień chaotyczne ulice ozdobione są dodatkowo kolorowymi namiotami wszystkich partii. Przy jednym ze stoisk PAS zaczepia nas starsza kobieta. Agituje z pasją, ale w jej oczach widać przede wszystkim życzliwą ciekawość.

– Jesteście z Polski? To piękny kraj! – mówi z entuzjazmem. – Niedawno był u nas wasz premier – dodaje. Inna z kobiet wyjmuje w tym czasie telefon i z dumą pokazuje nam zdjęcie ze swojej galerii. Na ekranie widać Donalda Tuska stojącego obok Mai Sandu i Emmanuela Macrona. – To wspaniały człowiek – mówi z przejęciem, zaznaczając, że wielu ludzi było głęboko poruszonych, gdy szef polskiego rządu przemówił do tłumu w Kiszyniowie po rumuńsku. W jej głosie słychać emocje, jakby wracała do chwili, która dodała jej nadziei.

Europa silnie wspierała PAS w przedwyborczych zmaganiach. Objawiało się to m.in. wizytami zachodnich liderów. Mołdawianie mieli poczucie, że kontynent na nich patrzy, z uwagą przygląda się temu małemu, barwnemu państwu.

Kuba pyta zapoznane kobiety o Blocul Patriotic, którego namiot znajduje się kilka kroków od nas – BEP jest rzeczywiście prorosyjski, ten czerwony kolor, sierp i młot – to wszystko symbolizuje ich chęć powrotu do świata Związku Radzieckiego. Zwracają się ku Moskwie – odpowiada jedna z nich. – Gdy Wy mieliście swoją Solidarność, walczyliście o wolność i niepodległość, my w tym samym czasie wciąż tkwiliśmy w marazmie i pod butem ZSRR – mówi kolejna z agitatorek PAS.

Agitatorzy BEP w Kiszyniowie | Fot. Filip Dobrosielski

Mołdawia śpiewa o Europie

Ostatniego wieczoru w Kiszyniowie postanawiam przysiąść w kawiarni na urokliwym deptaku imienia Eugena Doga. To miejsce pełne ulicznych grajków, straganów z rękodziełem i przytulnych kawiarni. Jest miłą odskocznią od wielkich blokowisk czy monumentalnych gmachów nowego centrum. Siedząc i chłonąc atmosferę miasta, przyglądam się młodej dziewczynie i towarzyszącemu jej chłopakowi, którzy rozstawiają nagłośnienie kilkanaście metrów od ogródka wybranego przeze mnie lokalu. Zaczynają swój występ piosenką „Zombie” od Cranberries. Idealnie się dopełniają, płynnie wymieniają kolejnymi partiami i  wokalnymi popisami. Śpiewają następne utwory bez żadnego skrępowania. Tracklista tego przypadkowego koncertu opiera się głównie na protest songach.

Uliczni artyści na ulicy Eugena Doga w Kiszyniowie | Fot. Filip Dobrosielski

W pewnym momencie dziewczyna odchodzi od mikrofonu, ustępując miejsca jej partnerowi. Słyszę kolejny znajomy utwór – to „Obejmij mnie” od zespołu Okean Elzy. Piosenka stała się emocjonalnym manifestem w ukraińskiej walce z rosyjską agresją. Chłopak śpiewa z wielką pasją, jest w transie. Nagle obok muzyków pojawia się starszy mężczyzna, ewidentnie pijany zatacza się i próbuje tańczyć do granej przez nich muzyki. Krzyczy niewyraźnie, macha rękoma i prawie przewraca. Wygląda jak bohater z innej opowieści niż ta, o której mówią ci młodzi. I w tej absurdalnej scenie widzę dwie twarze Mołdawii: młodą, świadomą i wolną – oraz tę utopioną w marazmie, w chocholim tańcu, beznadziejną.

Uliczny artysta na ulicy Eugena Doga w Kiszyniowie | Fot. Filip Dobrosielski

Chociaż wybory wygrał PAS, a spotkani przeze mnie ludzie w większości mówili i śpiewali o Europie, wciąż jest wiele do zrobienia, by ich marzenie się spełniło. Bo Rosja nie odpuści. Nie odpuszczają też przychylni jej skorumpowani oligarchowie. Kraj nękany kryzysami, niepokojami i ubóstwem wyznacza sobie jednak kierunek. Na każdym publicznym budynku w Kiszyniowie wiszą flagi Unii Europejskiej. Pragnienie o Europie jest silne, ale Moskwa zniszczyła już wiele marzeń.

„Mój dom jest dla Was otwarty”

Opuszczając Mołdawię, spotykamy na lotnisku jedną z agitatorek PAS, rozmówczynię sprzed kilku dni. Kobieta leci z nami do Polski. Jest bardzo przejęta i z niecierpliwością czeka na wynik wyborów, które przypadły akurat w momencie jej wyjazdu. Podaje nam swój numer telefonu i wręcza siatkę lokalnych słodkości. Mówi, że jeśli kiedykolwiek wrócimy do tego kraju, to jej dom jest dla nas otwarty. Właśnie to urzekło mnie w Mołdawii, jej mieszkańcach. Mierzący się z wieloletnimi zaniedbaniami, przeciwnościami i biedą, targani niepokojami, niejednokrotnie w trakcie naszej podróży otwierali dla nas swoje serca.

I powinniśmy spoglądać dziś na ten skrawek ziemi wciśnięty między Rumunię i Ukrainę z podziwem, bo przyszło mu się mierzyć z bezwzględnym przeciwnikiem, a jednak opowiada się dziś po stronie demokratycznych wartości, za co również płaci swoją cenę.

Kiszyniów | Fot. Filip Dobrosielski

Fot. nagłówka – Filip Dobrosielski | Tłumaczenie rozmów i wsparcie w realizacji – Jakub Lewandowicz