Przejdź do treści

Globalizacja poszła na dwór czy na pole? O trendach językowo-kulturowych

Globalizacja nie jest nowym trendem. Wzorce kulturowe ujednolicają się już od dziesiątek lat. Świat nigdy nie był tak otwarty, jak jest obecnie, więc podróżujemy na masową skalę do najodleglejszych zakątków świata. Kiedyś wycieczka np. do Egiptu była oznaką luksusu, a dziś jest jednym z wielu kierunków oferowanych przez biura podróży. Przywiązanie do małej ojczyzny jest jednak znacznie starszą „modą”. W czasach, gdy na drogach nie było samochodów, rowerów, ani nawet asfaltu, ludzie korzystali z nich w ograniczonym zakresie. Podróż do oddalonego o 20 km miasteczka była – no właśnie – PODRÓŻĄ. Niepiśmienni mieszkańcy wielu regionów dawnej Polski mówili zatem, że są „stąd”, bo ich całym światem była najbliższa okolica, a to, co się w niej działo, było ważniejsze od tego, co odkrył jakiś tam Krzysiek Kolumb.

Czy globalizacja jest dobra?

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Dzięki niej świat staje się „mniejszy”, ale też bardziej jednorodny. Podróże przestały być zarezerwowane jedynie dla najbogatszych, przez co można odnieść wrażenie, że nieco straciły na prestiżu. W dzisiejszych czasach nie trzeba nawet wychodzić z domu w Krzynowłodze Wielkiej, aby zobaczyć piramidę Cheopsa. Ja jednak dalej uważam, że podróżowanie jest jedną z najlepszych inwestycji, jakich możemy dokonać. Nic nie zastąpi przeżytych doświadczeń, wspomnień i kontaktu z ludźmi nie z ekranu. Globalizacji możemy się doszukiwać również na naszym podwórku. Wzorce kulturowe promowane przez mainstream zataczają coraz szersze kręgi, docierając od kaszubskich wsi po malownicze bieszczadzkie miejscowości. Chcemy stawać się tacy jak inni, aby nie odstawać, ale jednocześnie próbujemy dbać o swój indywidualizm. Czy da się to pogodzić? Tak jak na pytanie zadane w tytule akapitu – odpowiedzi brak.

Fot. Kamil Lubczyński

Świetlan Maps

Trend na lokalny patriotyzm jest w Polsce dosyć nowy. Wypierana za komuny różnorodność Polaków dała owoc w postaci całkowitego braku wiedzy o własnych regionach. Nadal przecież uczymy się w szkole o starożytnych cywilizacjach, ale o Kaszubach, Kurpiach i Poborzanach już niekoniecznie. Jest to jeden z głównych minusów polskiej edukacji. Zdaje się jednak, że Polacy wzięli sprawy w swoje ręce, a dowodem tego jest Świetlan Maps. Dla niezaznajomionych z tematem krótkie wyjaśnienie – jest to konto na Facebooku, jak również na Instagramie, z polskimi regionalizmami, zahaczające czasem o regionalne tradycje. Michał Świetliński wykorzystując swoich obserwatorów, bada słowa pod kątem ich rozpowszechnienia na danym terenie. Wyniki przedstawiane są za pomocą map, dzięki którym możemy sprawdzić, gdzie dany wyraz jest używany. Ta świetna inicjatywa nareszcie poruszyła zapomniany w Polsce temat gwar, dialektów i języków regionalnych. Mowa jest przecież ważnym elementem, bez którego trudno byłoby oprzeć się innej kulturze, co Polacy powinni doskonale wiedzieć! W tym miejscu muszę pocieszyć tych, którzy się martwią – spokojnie, to, że ktoś powie „na polu” zamiast „na dworze”, nie przyczyni się do zaniku polszczyzny, a wręcz przeciwnie – wzbogaci ją. Szwajcarzy posługujący się czterema językami urzędowymi nie mają problemu z dogadaniem się, ich kultura dobrze sobie radzi, a oni sami są jednymi z bogatszych społeczeństw na świecie. Czyżby to właśnie był klucz do bogactwa?

Co wygra?

Młodzi ludzie coraz częściej są zainteresowani swoją małą ojczyzną – jej językiem, kulturą i historią. Może to więc doprowadzić do przychylniejszego patrzenia na poczucie przynależności najpierw do swojego regionu, następnie kraju, potem kontynentu, a na końcu do całej planety (o niej też należy pamiętać!). Oczywiście potrzebne są zmiany w programie edukacji, ale koniec końców to my odpowiadamy za podtrzymywanie naszej tożsamości. Dbając o miejsce naszego urodzenia, dbamy o cały kraj, a dbając o regionalizmy, dbamy o całą polszczyznę. Przesłanie nasuwa się samo – niech jedni wychodzą na pole, a drudzy na dwór. Gwarantuję, że spotkamy się w tym samym miejscu. No dobrze, kończę na dziś, bo się nieco „zdybichałem” (zmęczyłem). Może Michał Świetliński kiedyś zbada to używane w moich rejonach słowo?

Fot. nagłówka: Kamil Lubczyński

Zobacz też:

O autorze

Pochodzący z Ciechanowa student lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Początkujący pisarz – publikuje opowiadania na łamach „Akantu”, „Strzępów" i innych czasopism literackich. Interesuje się szeroko pojętą kulturą, w szczególności literaturą i muzyką, bez których nie wyobraża sobie życia. Często zagłębia się w tematy spoza głównego nurtu.