Przejdź do treści

Czy Donald Trump odzyska Afrykę?

Nowa strategia administracji Donalda Trumpa wobec kontynentu afrykańskiego już na wstępie zdradza głębokie wewnętrzne sprzeczności. 

Choć Waszyngton oficjalnie redefiniuje swoje podejście, stawiając na pragmatyczny model „pro-transakcyjny”, rzeczywistość polityczna wydaje się temu zaprzeczać. Najlepszym tego przykładem są relacje z regionalnymi mocarstwami – RPA i Nigerią. W ich przypadku, zamiast zapowiadanego biznesowego otwarcia, od początku kadencji obserwujemy ze strony Trumpa postawę zaskakująco agresywną, która stawia pod znakiem zapytania spójność amerykańskiej dyplomacji w regionie. W tym artykule przyjrzę  się historii relacji USA – Afryka oraz  scharakteryzuje założenia i cele nowej strategii administracji Donalda Trumpa.

Wsparcie dla dekolonizacji Afryki 

Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone stały się głównym rzecznikiem nowego ładu międzynarodowego, opartego na zakazie agresji, prawie narodów do samostanowienia oraz idei globalnego pokoju. Zapoczątkowane wówczas procesy dekolonizacji obnażyły jednak skalę strukturalnych problemów, z jakimi w kolejnych dekadach musiał mierzyć się kontynent afrykański.

Sukces Planu Marshalla w Europie stał się fundamentem amerykańskiego soft power. To na jego wzorach oparto kluczowe narzędzia polityki zagranicznej, takie jak Agencja USA ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID) czy ustawa Foreign Assistance Act, które swoim zasięgiem objęły również Afrykę. Należy jednak pamiętać, że do 1945 roku Waszyngton – mimo braku własnych kolonii na kontynencie – nie sprzeciwiał się europejskiej dominacji, ograniczając się do roli obserwatora (czego przykładem była obecność delegatów USA na konferencji berlińskiej w 1884 r.). Powojenna zmiana retoryki i wsparcie dla dążeń niepodległościowych Afryki nie były wyłącznie aktem dobroduszności, lecz elementem budowy nowej, amerykańskiej architektury bezpieczeństwa i wpływów.

Chiny i Rosja wypychają Amerykę 

W obszarze pomocy rozwojowej kluczowe okazały się pierwsze dwie dekady XXI wieku. 

Zainicjowany przez George’a W. Busha program PEPFAR (President’s Emergency Plan for AIDS Relief) przyniósł wymierne efekty, ratując do 2025 roku ponad 26 milionów ludzkich istnień. Z mniejszym sukcesem spotkały się inicjatywy administracji Baracka Obamy, jak choćby projekt Power Africa, który mimo ambitnych założeń nie zdołał w pełni rozwiązać problemu deficytu energetycznego w regionie Afryki Subsaharyjskiej.

fot. Camillo Corsetti Antonini\ Unsplash
fot. Camillo Corsetti Antonini\ Unsplash

Najistotniejszym zwrotem w nowej strategii Donalda Trumpa jest odejście od założeń Millennium Challenge Corporation (MCC). Powołany w 2004 roku mechanizm uzależniał pomoc finansową od wdrażania reform demokratycznych i rynkowych. Ta warunkowość stworzyła lukę, którą sprawnie wypełniły Chiny i Rosja, oferując pożyczki i inwestycje bez politycznych postulatów. W efekcie wiele państw afrykańskich, szukając alternatywy dla surowych wymogów Waszyngtonu, wybrało współpracę z konkurentami USA, co doprowadziło do osłabienia amerykańskich wpływów na kontynencie. Najnowsza strategia Trumpa stanowi próbę odwrócenia tego trendu – poprzez porzucenie „eksportu demokracji” na rzecz czystego pragmatyzmu, USA zamierzają odzyskać przewagę konkurencyjną nad Pekinem i Moskwą.

Nieścisłości w nowej strategii Stanów Zjednoczonych 

Mimo zapowiedzi, ostatnie działania USA nie przynoszą radykalnego zerwania z dotychczasową praktyką, obnażając bezsilność nowej strategii w obliczu realnych konfliktów. 

Szeroko nagłaśniane porozumienie między Rwandą a Demokratyczną Republiką Konga, prezentowane jako sukces dyplomatyczny, pozostaje w dużej mierze martwą literą – nie zdołano bowiem doprowadzić nawet do personalnego pojednania zwaśnionych liderów. Podobny impas obserwujemy w Sudanie, gdzie trwa wyniszczająca wojna zastępcza między Arabią Saudyjską a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Dla Waszyngtonu to sytuacja patowa: oba państwa Zatoki są kluczowymi filarami amerykańskich sojuszy, a opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron niosłoby za sobą fatalne skutki dyplomatyczne. W tych przypadkach logika transakcyjna ustępuje miejsca konieczności balansowania między lojalnością a zadowoleniem partnerów.

Jeszcze większy paradoks rysuje się w relacjach z Nigerią i Republiką Południowej Afryki. Choć państwa te, ze względu na swój potencjał gospodarczy, powinny być fundamentem amerykańskiej obecności w Afryce, Donald Trump zdaje się porzucać wobec nich pragmatyzm biznesowy. Zamiast budowania relacji handlowych, Biały Dom kładzie zdecydowany nacisk na kwestie ideologiczne i obronę uciskanych mniejszości chrześcijańskich. Stawiając rozwiązanie tych problemów wewnętrznych jako warunek konieczny współpracy, administracja Trumpa de facto rezygnuje z możliwości prowadzenia interesów na dużą skalę. W efekcie kraje o największym potencjale rynkowym, zamiast stać się beneficjentami polityki transakcyjnej, doświadczają najbardziej bezpośredniej ingerencji USA w swoje sprawy wewnętrzne.

Bieżące działania USA 

Zarysowany powyżej plan nowej strategii Stanów Zjednoczonych wobec Afryki, zakładający deklaratywną neutralność polityczną, stanowi jedynie ideologiczną bazę dla bieżących poczynań administracji Donalda Trumpa. Do fundamentów tych należy dopisać katalog selektywnych wartości: wsparcie w zwalczaniu terroryzmu (szczególnie w pasie Sahelu) oraz ochronę mniejszości chrześcijańskich w Nigerii i RPA. Na tak przygotowanym gruncie Waszyngton rozpoczął agresywny wyścig o surowce krytyczne – kobalt, lit, miedź oraz metale ziem rzadkich. Flagową odpowiedzią na chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku stała się rozbudowa Korytarza Lobito, mającego połączyć liniami kolejowymi zagłębia górnicze Zambii i DRK z portem w Angoli.

Za tymi działaniami kryje się kluczowy paradygmat nowej strategii partnerstwo, nie dobroczynność. Ma on zmienić pozycję Waszyngtonu z gracza charytatywnego na realnego i konkurencyjnego wobec Chin partnera biznesowego. Poza Korytarzem Lobito, Trump forsuje zawieranie dwustronnych umów handlowych (czego przykładem jest Kenia) oraz zachęca do szerokiego otwarcia rynków na prywatny kapitał z USA. Jednak nad tą wizją wciąż ciąży nierozstrzygnięta kwestia stawek celnych nałożonych przez Waszyngton na wybrane sektory afrykańskiego przemysłu. Jeśli polityka protekcjonistyczna zostanie utrzymana, obietnica wysokich zysków z interesów z Ameryką może stracić swoje dotychczasowe atuty.

fot. Annie Spratt\ Unsplash
fot. Annie Spratt\ Unsplash

Widmo kryzysu 

Strategia Waszyngtonu, oparta na haśle trade, not aid (handel, nie pomoc), niesie ze sobą najwięcej ryzyk właśnie w obszarze wycofywania się z dotychczasowej pomocy rozwojowej. Zagrożenia te, które powoli zaczynamy obserwować, przy kontynuacji obecnej polityki mogą przybrać niewyobrażalną skalę.

Zamrażanie amerykańskich programów pomocy zagranicznej rozpoczęto już na początku drugiej kadencji Donalda Trumpa – na długo przed oficjalnym ogłoszeniem nowej strategii narodowej. Pod koniec grudnia 2025 roku Departament Stanu zapowiedział przekazanie w 2026 roku zaledwie 2 miliardów dolarów na pomoc rozwojową dla całego kontynentu. Kwota ta stanowi ułamek wsparcia z lat ubiegłych, co pozwala z dużą dozą pewności stwierdzić, że w ciągu zaledwie roku Afryka na nowo pogrążyła się w głębokim kryzysie humanitarnym.

Najdotkliwiej ucierpiały programy walki z malarią, HIV oraz AIDS. Wycofanie amerykańskich funduszy spowodowało falę zwolnień w służbie zdrowia: w Tanzanii pracę straciło blisko 5000 pracowników, w Kenii 2000 lekarzy i 1200 pielęgniarek, a w Wybrzeżu Kości Słoniowej cięcia dotknęły ponad 8000 osób. W Somalii likwidacja struktur USAID doprowadziła do zamknięcia 75% szpitali dziecięcych, podczas gdy rząd w Addis Abebie został zmuszony do zwolnienia 5000 medyków. Co więcej, w Zimbabwe lukę w finansowaniu podstawowej opieki zdrowotnej szacuje się na 17 miliardów dolarów. Przerwanie łańcuchów dostaw leków antyretrowirusowych i środków przeciwgruźliczych grozi zalaniem rynku podróbkami leków oraz wybuchem niekontrolowanych epidemii.

Cięcia nie ominęły również sektora edukacji. W obozie Kalobeyei w północnej Kenii organizacje pomocowe zwolniły połowę personelu pedagogicznego, co wywindowało liczbę uczniów przypadających na jednego nauczyciela ze 100 do 230. W Kenii i Sudanie Południowym masowo odwoływane są zajęcia szkolne. Taka sytuacja stawia pod znakiem zapytania przyszłość całego pokolenia i grozi załamaniem wypracowanych przez dekady mechanizmów walki z analfabetyzmem, tworząc grunt pod kolejne kryzysy społeczne.

Fot. nagłówka: The Now Time\ Unsplash

O autorze

Student kierunku Stosunki Międzynarodowe. Głównie zajmują mnie sprawy Afryki i Bliskiego Wschodu- pewnie z sentymentu do pierwszych przeczytanych reportaży. Na pół etatu muzyk w zespole “Powolno”. Te powolniejsze dni spędzam przy dobrej książce i z najbliższymi.