Przejdź do treści

Żołnierze z działu IT

Do walki przyłączyli się niemal natychmiast. Włamywali się na skrzynki mailowe rosyjskich i białoruskich polityków, wykradli wrażliwe i cenne dane oraz wiadomości, a następnie podali je do informacji publicznej. Ofiarą ich operacji padły też tamtejsza telewizja państwowa oraz internet, do których dostęp kilkukrotnie zablokowali. Nie zawahali się również przyłożyć ręki do pomieszania szyków rosyjskim wojskom, utrudniając komunikację oraz przekazywanie informacji dowódcom poszczególnych jednostek. Samozwańczy hakerzy, o których mowa, działają pod szyldem grupy „Anonymous”. Dziś są jak żołnierze, którzy zamiast w kamaszach z bronią w ręku, równie szlachetnie walczą przed ekranami laptopów. Nie ma co ukrywać, w wojennym wydaniu cyberprzestrzeni obecnie nie mają sobie równych.

Internetowe trolle

Żeby „Anonymous” móc przedstawić w pełnej krasie, muszę cofnąć się do roku 2003 i założonego wówczas portalu „4chan”. Za przyczynami jego popularności nie trzeba się przesadnie długo rozglądać – był w końcu anonimowy, przez co dawał użytkownikom całkowitą dowolność w publikowaniu postów. Skutkiem takiej swobody okazała się duża rozpiętość tematyki i specyfiki zdjęć i filmów, które lądowały na forum. Wśród nich były nie tylko zwyczajne memy czy standardowe grafiki i fotografie, ale też filmy pornograficzne i zdjęcia przedstawiające zwłoki. Krótko mówiąc, metafora z pudełkiem czekoladek będzie do „4chan” jak znalazł: kiedy otwierałeś stronę, nigdy nie mogłeś być pewien, na co właściwie trafisz.

Wkrótce przestrzeń tylko jednego portalu przestała użytkownikom „4chan” wystarczać. Ten fakt stanowił asumpt, aby rozpocząć tzw. rajdy na inne strony, mające na celu zakłócić ich działanie. Ofiarą pomysłu raczkującej wówczas grupy „Anonymous” padł w 2006 r. serwis „Habbo” (polegał on na tym, iż zalogowani internauci przebywali ze sobą w jednym hotelu i wchodzili w interakcje). Atak internetowych trolli, jak nazwalibyśmy ich dzisiaj, przebiegł w następujący sposób: najpierw setki członków „Anonymous” weszło w tym samym terminie do „Habbo”. Następnie każdy z nich na swojego avatara wybrał czarnoskórego mężczyznę z afro, a na końcu wszyscy ustawili się w takiej konfiguracji, że zablokowali innym graczom dostęp do basenów. Przy tym powtarzali, iż pływalnia jest zainfekowana wirusem HIV, oprócz tego ułożyli z niej kształt swastyki. Głównie dzięki tej i innym podobnym akcjom o istnieniu grupy dowiadywało się coraz więcej osób, których spora część decydowała się na wstąpienie w szeregi „Anonymous”. Niektóre z nich w zdecentralizowanym ruchu dostrzegły duży potencjał, uważając przy tym, że zasoby i możliwości grupy na ogół się marnuje. I za sprawą takich członków „Anonymous” stopniowo zmieniało swoją twarz.

Pierwsze kroki w stronę haktywizmu

Z pierwszą oznaką wolty w działaniach „Anonymous” zetknęliśmy się jeszcze pod koniec 2006 roku. Wtedy to członkowie ruchu wykradli kody źródłowe programów Norton AntiVirus oraz Norton Internet Security, czym udowodnili, że ich macki rzeczywiście mają szeroki zasięg. Na opublikowanie zdobytych kodów zdecydowali się sześć lat później, w odwecie za aresztowania członków LulzSec, czyli „komórki operacyjnej” ruchu. Nie minęło nawet 12 miesięcy, a poszli o krok dalej – swoje możliwości przeobrazili bowiem w pierwszą, niezwykle cenną interwencję na tle społecznym i pomogli kanadyjskiej policji w udowodnieniu przestępstwa Chrisa Forcanda o charakterze pedofilskim.

Niestety, zbiegło się to w czasie z materiałem, przygotowanym przez Fox News, co najmniej przyćmiewającym niedawne zasługi ruchu. „Anonymous” zostało w nim porównane do organizacji terrorystycznej, członkowie okrzyknięci „hakerami na steroidach”, a nawet oskarżeni o podkładanie bomb i groźby karalne. Po wyemitowaniu programu przywódcy ruchu zdali sobie sprawę, że nadszedł czas, by jeszcze bardziej zaakcentować metamorfozę grupy. Z tego powodu aktywiści postanowili zburzyć fundament, na którym „Anonymous” powstało. Objawiło się to wyrzuceniem z ruchu trolli tworzących go na początku. Zdecydowanie wyszło im to na dobre.

Do popularyzacji ich działań znacznie przyczynił się Tom Cruise. Aktor w wideo opublikowanym na YouTubie zachwalał cały ruch, co spotkało się ze sprzeciwem scjentologów, którzy zażądali usunięcia filmiku, tłumacząc to naruszeniem praw autorskich. Uprzedzając nieco opis rozwoju wydarzeń, zaznaczę: pójście na noże z „Anonymous” było absolutnie największym błędem, jaki wyznawcy alternatywnej psychologii mogli popełnić. Szybko się o tym zresztą przekonali.

Legion w maskach

„Wojnie” ze scjentologami wkrótce nadano nazwę „Operacja Chanology”. Choć zamiast na szczerych polach, w zbrojach i z szablami za pasem, rozgrywała się ona głównie na internetowych witrynach, ekscytowano się nią w podobny sposób. Oliwy do ognia konsekwentnie dolewały zaś media: od portali internetowych po uważnie przyglądające się całej sprawie stacje telewizyjne. „Anonymous” natomiast wystosowało do swoich oponentów krótki komunikat: „Zdecydowaliśmy, że wasza organizacja powinna zostać zniszczona dla dobra waszych członków, dla dobra ludzkości i dla naszej własnej frajdy. Jesteśmy legionem. Nie wybaczamy. Nie zapominamy. Oczekujcie nas”. Ostrzeżenie zamieścili na YouTubie. Materiał szybko okazał się wędrującym po wszystkich zakątkach wirtualnego świata wiralem, a po nim pojawiła się strona internetowa ruchu oraz jego logo: mężczyzna w garniturze z pytajnikiem w miejscu głowy oraz globem, stylizowanym na ten z emblematu ONZ, w tle.

Punktem kulminacyjnym zachodzących przemian był jednak jeszcze inny element – maski Guya Fawkesa. „Anonymous”  może nie mieli takich zamiarów, jak Anglik (czyli do wysadzenie parlamentu któregokolwiek kraju raczej się nie szykowali), ale przyświecały im podobne wartości: cenili sobie w końcu wolność, anarchizm, bardziej niż na dostosowanie się do warunków stawianych przez polityków preferowali sprzeciwianie się im, a nade wszystko nie akceptowali kagańca narzucanego społeczeństwu przez system.

Wróćmy do walki z butnymi scjentologami. Otóż, na ich nieszczęście, przystąpienie do tej bitwy ze strony „Anonymous” sprawiło, że do ruchu zaczęło – niczym muchy do lepu – lgnąć coraz więcej ludzi. Ludzi, którzy do zwolenników scjentologii bynajmniej nie należeli. Tak krok po kroku, z wymiany ciosów w internecie, walka stopniowo przenosiła się na ulice wielu miast. Czeredy protestujących przeciw scjentologom robiły wówczas imponujące wrażenie – twarzy przywdziewających te same maski było na poszczególnych pikietach już nie setki, a tysiące. Powstał prawdziwy legion.

Chcesz należeć do „Anonymous”? Prosta sprawa

„Anonymous” to chyba jedyna tak rozbudowana grupa na całym globie, która od swoich członków wymaga tak niewiele informacji – nie liczy się bowiem twoje pochodzenie, płeć, orientacja seksualna, zupełnie bez znaczenia jest również status majątkowy. Najważniejsza jest chęć. Swego czasu w internecie pojawił się nawet „Podręcznik Nowicjusza”, zarysowujący potencjalnym nowym członkom charakterystykę ruchu, w którym znalazła się chyba najtrafniejsza metafora, przy której użyciu można tę grupę opisać – należenie do niej porównano tam do podróży pociągiem: nie musisz znać innych pasażerów, by podążać razem z nimi w jednym kierunku.

Gdy sprawa ze scjentologami nieco przycichła, „Anonymous” ponownie – tak jak kilka lat wcześniej – na moment zboczyli z autostrady pochwalanych powszechnie działań i powrócili do akcji o raczej wątpliwym charakterze moralnym. Doskonale świadczyło o tym to, na co zdecydowali się w 2009 roku. Właśnie wtedy, w ramach protestu przeciw usuwaniu z YouTuba muzyki i teledysków, zasypali serwis pornografią. Natomiast dwa lata później stanęli w szranki z Sony, a to z powodu sprawy sądowej, wytoczonej przez firmę jednemu z hakerów. W odwecie członkowie ruchu postanowili zadziałać na niekorzyść użytkowników PlayStation Network, których dane wykradli. To nagłe przejście na „złą stronę mocy” poskutkowało m.in. uznaniem ich przez ekspertów od bezpieczeństwa internetowego za „szkodników” mających na celu wyłącznie uprzykrzanie życia zwykłych internautów. Tyle tylko, że z tym „wyłącznie” specjaliści mocno przesadzili. Aby to stwierdzić, wystarczy wrócić pamięcią do Zatoki Perskiej i roku 2009…

Krok po kroku – powrót do peleryn herosów

W tamtym czasie Irańczycy mierzyli się z potężną dawką medialnej dezinformacji oraz fałszerstwami wyborczymi. Zwalczaniu tych zjawisk „Anonymous” ani myśleli biernie przyglądać się z boku, w związku z czym natychmiast włączyli się do pomocy. W tym celu we współpracy z The Pirate Bay założyli stronę The Persian Bay, która nie dość, że zachęcała do pomocy Irańczykom, to jeszcze umożliwiała im wymianę informacji. W dodatku członkowie grupy sami publikowali materiały, które udało im się zdobyć.

W imię walki o demokrację i obalenie reżimów „Anonymous” zawalczyli w tamtym czasie jeszcze kilkukrotnie. Sporym echem odbiły się chociażby ataki na strony arabskich państw, w czym często grupie pomagali demonstranci pragnący zażegnania w swym kraju przynoszących więcej bolączek i strat niż zysków, oraz zadowolenia społecznego – rządów autorytarnych. W działaniach tego typu „Anonymous” towarzyszyła dewiza: „Obywatele nie powinni bać się swoich rządów, to rządy powinny bać się swoich obywateli”. Wraz z rosnącą ilością protestów, ruch blokował strony kolejnych państw, a w nocy z 6 na 7 sierpnia 2011 r. posunął się nawet do umieszczenia na stronie syryjskiego resortu obrony następującego komunikatu: „wszystkie reżimy muszą upaść, a ten nie będzie pierwszym ani ostatnim”. Syryjczycy mieli co prawda chrapkę na rewanż – ich informatykom udało się włamać na oficjalną witrynę „Anonymous”, jednak ostatecznie nic znaczącego tam nie zdziałali.

Sugerując się przykładem bezskutecznego kontrataku Syrii, podobne próby odwetów nie miały już później miejsca. Mimo, że „Anonymous” tempa wcale nie zwalniali – wręcz przeciwnie: najpierw oprotestowali nierówności społeczne, przyłączając się do akcji „Okupuj Wall Street”, a następnie zablokowali aż 91 stron rządowych w Malezji. Dali tym samym nauczkę tamtejszym władzom, które wcześniej sukcesywnie utrudniały dostęp do dwóch serwisów: WikiLeaks i wspomniane The Pirate Bay.

O „Anonymous” sporo mówiło się też przecież w Polsce, podczas debatowania nad ustawą ACTA. Podczas gdy, w geście sprzeciwu, ludzie wychodzili na ulicę, grupa działała w sieci, m.in. przeciążając, dzięki swojej liczebności, serwery licznych witryn rządowych i stronę ówczesnego premiera Donalda Tuska.

W dodatku w 2012 roku „Anonymous” zostało docenione przez magazyn „Time”, który umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych osób na świecie.

Reasumując: grupie wiodło się wówczas całkiem dobrze. Szkoda tylko, że do czasu.

Tonący okręt

Koniec dobrej passy „Anonymous” nadszedł w momencie, w którym w działalność ruchu zaczęły ingerować służby specjalne. Wskutek zakrojonych na dużą skalę śledztw i dochodzeń w końcu udało im się namierzyć nieoficjalnych „przywódców ruchu”, w największym stopniu wytyczających mu kierunek, w którym miał podążać. Zdemaskowanych zostało wtedy kilkudziesięciu członków grupy. A kiedy zabrakło tych z samej góry, pociągających za sznurki, ruch przeżył prawdziwe załamanie.

Jednym z pierwszych wytropionych i aresztowanych przez FBI hakerów był Hektor Monsegur – 28-latek z Nowego Jorku. Nad zmianą frontu przesadnie długo się nie zastanawiał i kiedy chciał obronić własną skórę, zdecydował się na ugodę ze służbami, co postawiło go w zupełnie innym świetle; od teraz był cennym informatorem dostarczającym funkcjonariuszom dokładnie to, czego potrzebowali. Współpraca z nim przyniosła wymierzającym sprawiedliwość poważne efekty: zaowocowała aresztowaniami na całym świecie, od Wielkiej Brytanii, przez Hiszpanię, aż po Turcję.

To i tak nie był koniec przeszkód utrudniających grupie ponowne stanięcie na nogi. Inną były chociażby narastające tarcia wewnątrz grupy – a konflikty w centrum „Anonymous”, czyli miejscu, które jako jedyne mogło ich wskrzesić, w pewnym sensie wbiły gwóźdź do trumny. Konkretniej – odpowiadali za to trolle wstępujący w szeregi grupy tylko po to, aby siać ferment, rozpowszechniać idee skrajnie prawicowe, często wykluczające, dyskryminujące i nieraz niestety – neonazistowskie.

Kiedy w 2014 r. w Missouri policja zastrzeliła Michaela Browna, ulice zalały tłumy protestujących, a „Anonymous”, w odpowiedzi na bezczynność władz, wymierzenie sprawiedliwości zabójcy wzięli w swoje ręce. Przez chwilę wydawało się, że wracają na prostą, tyle że… no właśnie.  Nim taki wniosek zdążył się powszechnie ugruntować, okazało się, że grupa w wytypowaniu winnego się pomyliła, a konsekwencje za zbrodnię spadły na barki niewinnego człowieka. Powiedzieć, że obniżyło to ich autorytet i powagę na świecie, to trochę jak nic nie powiedzieć.

Wiele musiało się więc zmienić – i tak się stało.

Wielki powrót

Do życia publicznego wrócili z impetem, zaraz po zabójstwie Georga Floyda i wraz z rozpoczęciem działań ruchu Black Lives Matter. Jak przed laty, swój udział w sprawie zapowiedzieli za pomocą krótkiego wideo, na którym przywdziewający maskę Fawkesa prezenter, mówił: „Pozdrowienia, obywatele Stanów Zjednoczonych. To wiadomość od Anonymous do Departamentu Policji Minneapolis. Wasze zbrodnie przedstawimy światu. Jesteśmy legionem. Oczekujcie nas”.

Filmik poszedł w ślady tego zwiastującego konfrontację ze scjentologami i szybko rozprzestrzenił się w mediach społecznościowych, m.in. w będącym jednym wielkim epicentrum wirali i emocji TikToku.

Hucznie zapowiadany powrót na szczęście nie okazał się jedynie marnym clickbaitem, wręcz przeciwnie kilka dni później hakerzy zaatakowali stronę policji w Minneapolis, a także wypuścili kilkaset gigabajtów danych funkcjonariuszy różnych amerykańskich agencji bezpieczeństwa. Taki rozmach możliwy był przede wszystkim, dzięki nowej fali członków „Anonymous”, czyli głównie młodego pokolenia, jak żadna inna generacja tak dobrze zorientowanego przecież w realiach współczesnych sociali.

Kiedy emocje w Stanach opadły, do głosu doszli weterani ruchu pamiętający na dobrą sprawę każdy z etapów rozwoju grupy: i jej powstanie, i święcone trumfy, a w końcu gorzki upadek. Doświadczenie zdeterminowało u nich pragmatyzm, a ten podpowiedział następujący komunikat: „Dorośliśmy od początku tego wszystkiego. W 2010 roku zrobilibyśmy wszystko, by udowodnić swoje racje. Teraz zrozumieliśmy, że wiele naszych działań wpływało negatywnie na ludzi”. Innymi słowy, chcieli jasno dać tym do zrozumienia, że sposób ich działania będzie teraz nieco inny: więcej wyłaniania się z ukrycia, ciszej, bez szumu, tak by zminimalizować prawdopodobieństwo kolejnych interwencji policji.

W gruncie rzeczy w taki sposób przez ostatnie dwa lata działali.

Teraz jest jednak zupełnie inaczej – wyszli z cienia, nie kamuflują się, a jawnie sprzeciwiają rosyjskim agresorom. Ich łupem miał niedawno paść np. Centralny Bank Federacji Rosyjskiej, wcześniej udało im się sparaliżować strony rządowe i w podobny sposób ograniczyć zasięg działalności ogromnego koncernu GAZPROM. Nie bez interwencji pozostawili także moskiewski Instytut Badań Jądrowych, z którego wykradli około 40 tysięcy plików, bodaj w ten sam dzień hakując również jacht Władimira Putina i przejmując wewnętrzne dokumenty białoruskiej telewizji CTV.

Co jeszcze chcą osiągnąć?

„Naszym celem jest okazanie wsparcia narodowi ukraińskiemu. Zawstydzenie państwa rosyjskiego i pokazanie jego obywatelom, że przywódcy tego kraju prowadzą okrutną wojnę przeciwko ich braciom i siostrom na Ukrainie, którzy doświadczają takich samych okropności jak naród rosyjski pod rządami byłych dyktatorów. Sprzeciwiamy się każdej wojnie, gdyż nasza władza deklaruje ją tylko tam, gdzie ludzie muszą podporządkować się i zginąć” – mówił jeden z członków w wywiadzie dla portalu CyberDefence 24.

Jak na razie wychodzi im to chyba nieźle, ponieważ i okazują wsparcie Ukrainie i do czerwoności zawstydzają coraz bardziej bezradną Rosję.

Są legionem. Nie wybaczają. Nie zapominają.

O autorze

Artykuły

Mieszka w Krakowie, uczeń I LO im. Bartłomieja Nowodworskiego. Interesuje się kinem, polityką i historią, sporo czyta i z zaciekawieniem śledzi wyniki rozgrywek piłkarskiej Ekstraklasy. W wolnych chwilach korzysta z dobrodziejstw Spotify, zasłuchując się w dźwiękach bluesa albo odtwarzając różne podcasty.