Przejdź do treści

Norymberga: naziści na sali sądowej

To historia o postępowaniu, które odmieniło prawo międzynarodowe. O kłamstwie i wypieraniu się własnych czynów. I o tym, jak zwykli ludzie stali się zbrodniarzami.

W kinach ukazała się właśnie Norymberga, film amerykańskiego reżysera Jamesa Vanderbilta dotyczący procesów czołowych nazistów, które odbyły się po drugiej wojnie światowej w tytułowym niemieckim mieście. Hollywoodzka produkcja przybliża szerszej publiczności wydarzenia sprzed 80 lat. Szczególny nacisk położono na ukazanie relacji pomiędzy Douglasem Kelley, psychologiem badającym oskarżonych (w tej roli Rami Malek), a najwyższym rangą spośród sądzonych zbrodniarzy, Hermannem Göringiem (Russell Crowe). Wątek ten wypada przekonująco, w dużej mierze dzięki docenianemu przez krytyków występowi Crowe’a.

Dwuipółgodzinny seans pozostawia jednak widzowi sporą dawkę niedosytu: niektóre aspekty procesów zasługują na pełniejsze przedstawienie. Temu właśnie poświęcony jest niniejszy artykuł.

Współczesne zdjęcie Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, gmachu, w którym odbywały się procesy. Wybór miasta był symboliczny – to tu odbywały się wiece partyjne NSDAP. | Fot. Wikimedia Commons

Bez precedensu

Nazistom należało wymierzyć sprawiedliwość – co do tego alianci byli zgodni. Jednak do końca wojennych zmagań koalicja antyhitlerowska nie zdecydowała o formie, którą miały przyjąć rozliczenia. Podczas gdy Stany Zjednoczone pod przywództwem Roosevelta popierały powołanie sądu, Churchill początkowo miał proponować… rozstrzelanie nazistów bez wyroku. Wielka Brytania obawiała się między innymi, że postępowanie sprowokowałoby niewygodne pytania dotyczące etycznych aspektów działań brytyjczyków. Z kolei Stalin chciał pokazowej rozprawy sądowej, której wynik byłby z góry ustalony – jak w przypadku procesów moskiewskich z lat 30., wymierzonych w jego własnych przeciwników. Postawienie nazistów przed sądem miało dla niego wartość czysto propagandową.

Ostatecznie zwyciężyła wizja amerykańska, choć porozumienie w tej sprawie pojawiło się dopiero na konferencji w Londynie latem 1945 roku. Decyzją USA, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego powstał Międzynarodowy Trybunał Wojskowy złożony z sędziów z tych państw (oraz Francji). Było to rozwiązanie o tyle ryzykowne, że zupełnie nowe: nigdy wcześniej międzynarodowa instytucja nie sądziła osób fizycznych za złamanie prawa międzynarodowego. Sformułowane wówczas przełomowe doktryny stały się podstawą dla współczesnego systemu, dziś podtrzymywanego przez organizacje takie jak Międzynarodowy Trybunał Karny.

W Norymberdze panowało przekonanie o ogromnej wadze procesu, wynikające również ze skali nazistowskich zbrodni. Trafnie wyraża je przemowa wstępna głównego prokuratora amerykańskiego, Roberta Jacksona:

Przywilej otwarcia pierwszego w historii procesu za zbrodnie przeciwko pokojowi świata nakłada na nas poważną odpowiedzialność. Krzywdy, które pragniemy potępić i ukarać, były tak starannie zaplanowane, tak nikczemne i tak niszczycielskie, że cywilizacja nie może tolerować ich pominięcia, ponieważ nie przetrwałaby ich powtórzenia.

Szkic z sali sądowej przedstawiający ławę oskarżonych. | Fot. Wikimedia Commons

Zarzuty do zarzutów

Proces zajmował się trzema kategoriami czynów: zbrodniami przeciwko pokojowi, zbrodniami wojennymi i zbrodniami przeciwko ludzkości. Każdy z nich alianci zdefiniowali w statucie norymberskim, co poprzedziła intensywna dyskusja. Jej wyniki do dziś poddawane są krytyce.

Zbrodnie przeciwko ludzkości – czyli „morderstwo, eksterminacja, zniewolenie, deportacja i inne nieludzkie czyny” – były rozpatrywane jedynie w kontekście działań wojennych. Wyjmując okres pokoju poza klamrę definicji, alianci dbali o własne interesy. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki nie chciały dopuścić do tego, żeby same zostały oskarżone o zbrodnie przeciwko ludzkości – z powodu amerykańskiego systemu segregacji rasowej czy radzieckich łagrów. Robert Jackson stwierdził, że „jest ogólną zasadą od niepamiętnych czasów, iż wewnętrzne sprawy innego rządu nie są naszym zmartwieniem”. W efekcie sytuacje takie jak prześladowanie Żydów w Niemczech przed 1939 rokiem nie spełniły przyjętych wówczas kryteriów zbrodni przeciwko ludzkości.

Inna kontrowersja dotyczy samego faktu, że alianci stworzyli nowe definicje czynów, które odnieśli do wcześniejszych działań nazistów. Jedynie zbrodnie wojenne można było sądzić na podstawie istniejących dokumentów, na przykład konwencji haskich. Czyżby złamano żelazną regułę lex retro non agit – „prawo nie działa wstecz”?

Obrońcy trybunału w Norymberdze argumentują, że przytoczona wyżej zasada ma zastosowanie, gdy osoba nie zdaje sobie sprawy, że popełnia czyn zasługujący na karę. Naziści natomiast doskonale wiedzieli, że świat uznaje za niemoralne choćby prowadzenie wojny agresywnej. Prawo międzynarodowe nie przewidywało kary za rozpętanie konfliktu – to prawda. Ale Niemcy podpisały pakt Brianda-Kellogga, potępiający „uciekanie się do wojny w celu rozwiązywania sporów międzynarodowych”, zaś Hitler przez lata deklarował, że ma wyłącznie pokojowe intencje. W tym przypadku brak rozliczenia nazistów za inwazję na inne kraje byłby sprzeczny z panującymi przed i po wojnie standardami moralnymi. A przecież rola procesów miała być między innymi dydaktyczna. Trybunał zamierzał wykorzystać ogrom zbrodni hitlerowskich, by zapobiec powtórzeniu się ich w przyszłości.

Hermann Göring u boku Adolfa Hitlera – zdjęcie z 1938 roku. | Fot. Wikimedia Commons

Wyparcie

W centrum opowieści o procesach norymberskich, także tej filmowej, są oskarżeni. Trybunał sądził 22 osoby, które sprawowały naczelne funkcje w Trzeciej Rzeszy. Wśród nich byli między innymi szef Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank, minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop czy Rudolf Heß, do 1941 roku prawa ręka Hitlera. Na szczycie listy niesławnych nazwisk był Hermann Göring. Jako najwyższy rangą nazista w Norymberdze (szef Luftwaffe i Reichsmarschall – honorowy tytuł „Marszałka Rzeszy” został nadany tylko jemu) stanowił nieformalnego przywódcę grupy.

Skupiająca się na Göringu produkcja Vanderbilta pokazuje jego skłonność do pomniejszania, czy wręcz zaprzeczania własnej odpowiedzialności za zbrodnie. Ta cecha była zresztą wspólna dla niemal wszystkich oskarżonych. Żaden z nich nie zadeklarował przyznania się do winy. Ich obrona polegała zazwyczaj na twierdzeniu, że wykonywali tylko rozkazy. Nie uniknęli w ten sposób wyroku; alianci przyjęli w statucie trybunału, iż „okoliczność, że oskarżony działał w wykonaniu rozkazu swego rządu albo swego zwierzchnika, nie zwalnia go od odpowiedzialności”.

Wyparcie swojego udziału w zbrodniach przybierało u nazistów najróżniejsze formy. Szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu Wilhelm Keitel mówił, że nie można go oskarżać o planowanie wojny agresywnej, gdyż był tylko „tubą głosową” (Sprachrohr) woli Hitlera. Wielu wolało koncentrować się na rzekomej niesprawiedliwości procesu, oskarżając aliantów, w ich ocenie również winnych rozmaitym zbrodniom, o hipokryzję. „Ustawcie nas pod ścianą i zastrzelcie nas! To wy jesteście zwycięzcami!” – wołał w dzień przed swoim samobójstwem Robert Ley, przywódca Niemieckiego Frontu Pracy. Z kolei Hans Frank dystansował się od swojej osoby, opowiadając psychologom o „dwóch ludziach, którzy w nim są” – nazistowskim zbrodniarzu i nowej, nawróconej religijnie wersji siebie. O ironię zakrawa fakt, że człowiek odpowiedzialny za zagładę polskich elit w więziennej celi stał się gorliwym katolikiem.

Powtarzał się również wątek Heinricha Himmlera i SS, którym przypisywano wyłączną odpowiedzialność za najgorsze zbrodnie reżimu, w tym prowadzenie obozów koncentracyjnych. Himmler nie był wśród oskarżonych – popełnił samobójstwo wkrótce po tym, jak został schwytany. W przypływie szczerości Frank poradził jednak amerykańskiemu psychologowi Gustave’owi Gilbertowi, żeby nie dał się omamić tą narracją. „Nie pozwólcie, żeby ktoś wam opowiadał, że o niczym nie wiedział! Każdy przeczuwał, że coś było zupełnie nie w porządku z tym systemem, nawet jeśli nie znaliśmy wszystkich szczegółów. Nie chcieliśmy ich znać!”.

Przestroga

Psychologowie Kelley i Gilbert stanowili szczególnie cenne źródło wiedzy o oskarżonych. Norymberga zgodnie z prawdą historyczną pokazała, że naziści spoufalali się z mającymi ich badać Amerykanami, ujawniając wiele istotnych informacji. Później dotarły one do opinii światowej za sprawą wydanych przez Kelley’ego i Gilberta książek, zatytułowanych odpowiednio 22 cele w NorymberdzeNorymberski dziennik.

Najbardziej szokująca teza postawiona przez psychologów dotyczyła stanu zdrowia psychicznego oskarżonych. U żadnego za wyjątkiem Roberta Leya nie stwierdzono choroby umysłowej; wszyscy mieli ponadprzeciętne wyniki w testach na iloraz inteligencji. Było to niezgodne z popularnym wyobrażeniem zbrodniarzy jako szczególnie okrutnych czy zaślepionych ideologią półgłówków. Kelley ze swoich obserwacji wysnuł wniosek, że w odpowiednich okolicznościach zwykli ludzie zdolni byli do niewyobrażalnych rzeczy. A to – przestrzegał psycholog – oznaczało, że Niemcy mogły nie być odizolowanym przypadkiem. Jego przesłanie wybrzmiało również w filmie Vanderbilta:

Tacy ludzie są wszędzie na świecie. Nie mają tajemniczych wzorców osobowości. Ale mają silne pragnienia, chcą władzy. (…) Nawet tutaj, w USA, są ludzie, którzy poszliby po trupach połowy amerykańskiej ludności, by podporządkować sobie drugą połowę. Na razie te osoby tylko mówią, ale już dziś wykorzystują swoje demokratyczne prawa w sposób antydemokratyczny.

Te słowa najlepiej pokazują, dlaczego procesy norymberskie mimo upływu czasu pozostają istotne.

Fot. nagłówka: Wikimedia Commons