Samolot od katarskiej monarchii, miliardowe inwestycje z Bliskiego Wschodu, rodzinne fundusze i fala bezprecedensowych ułaskawień. U schyłku 2025 roku coraz trudniej oddzielić interes państwa od prywatnych korzyści władzy. Czy Ameryka przekroczyła punkt, w którym trzeba nazwać rzeczy po imieniu?
Czy nadszedł moment, by nazwać to korupcją?
Pod koniec 2025 roku amerykańska polityka znalazła się w miejscu, które jeszcze dekadę temu wydawałoby się trudne do wyobrażenia. Kolejne decyzje administracji Donalda Trumpa, powiązania biznesowe jego rodziny i bliskich współpracowników, a także sposób sprawowania władzy wykonawczej sprawiają, że coraz częściej powraca jedno pytanie: czy to, co obserwujemy, wciąż mieści się w granicach standardowej polityki, czy też powinniśmy wprost mówić o korupcji?
To pytanie nie pojawia się w próżni ani nie jest efektem jednego skandalu. Jest raczej rezultatem nagromadzenia zdarzeń, które – rozpatrywane osobno – bywały bagatelizowane, tłumaczone pragmatyzmem albo politycznym realizmem.
Dopiero spojrzenie całościowe pokazuje skalę zjawiska i pozwala zrozumieć, dlaczego zaufanie do instytucji publicznych w Stanach Zjednoczonych i na świecie systematycznie spada.
Czym jest korupcja? I dlaczego definicja ma znaczenie?
Najczęściej przywoływana, stosowana przez Bank Światowy i organizacje międzynarodowe, definicja mówi o nadużyciu urzędu publicznego dla prywatnych korzyści. To ujęcie funkcjonalne, praktyczne, pozwalające oceniać konkretne działania i ich skutki.
Istnieje jednak także starsze, głębsze rozumienie korupcji, obecne już w tekstach starożytnych: jako naruszenie zaufania publicznego. Obywatel powierza władzę przedstawicielom państwa, oczekując, że będą działać w jego interesie, a nie w interesie własnym, rodzinnym czy biznesowym.
W tym sensie korupcja nie zawsze musi oznaczać łapówkę w kopercie czy podpisany kontrakt „w zamian za”. Wystarczy trwałe wrażenie, że decyzje podejmowane są nie z myślą o dobru wspólnym, lecz o prywatnym zysku. Właśnie to wrażenie, wzmacniane kolejnymi wydarzeniami, coraz częściej towarzyszy ocenie działań administracji Trumpa.
Samolot z Kataru – symbol epoki
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów stała się historia luksusowego samolotu podarowanego Donaldowi Trumpowi przez katarską rodzinę królewską. Początkowo wielu obserwatorów traktowało tę informację jak polityczną groteskę – prezent był tak kosztowny i ostentacyjny, że aż trudny do uwierzenia. Sam prezydent podkreślał, że to „piękny, wielki, darmowy samolot” dla Sił Powietrznych USA, zbyt duży, by był jego prywatną własnością.
W praktyce maszyna trafiła do Stanów Zjednoczonych i rozpoczęto jej kosztowną modernizację, aby spełniała standardy nowego Air Force One. Co istotne, modernizacja odbywa się na koszt amerykańskich podatników. Nawet jeśli formalnie samolot ma służyć urzędowi prezydenta, trudno pominąć fakt, że to Donald Trump będzie jego użytkownikiem, a cała operacja rozpoczęła się od „daru” zagranicznego monarchy.
Pojawia się więc pytanie o wzajemność. W świecie dyplomacji i relacji międzynarodowych prezenty tej skali niemal nigdy nie są bezinteresowne. W mediach pojawiły się informacje o planach wspólnych inwestycji – pól golfowych i luksusowych willi na katarskim wybrzeżu – a także o wzmocnieniu relacji wojskowych. Katar uzyskał status kluczowego sojusznika spoza NATO, co oznacza dostęp do ścisłej współpracy obronnej z USA. Chronologia zdarzeń nie dowodzi wprost wymiany „coś za coś”, ale tworzy kontekst, w którym takie podejrzenia wydają się uzasadnione.
Bliski Wschód jako przestrzeń interesów
Samolot z Kataru to jednak tylko najbardziej widoczny element szerszej układanki. Jeszcze więcej wątpliwości budzą relacje z innymi państwami regionu, zwłaszcza ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. W centrum uwagi znalazło się spotkanie Steve’a Witkoffa – bliskiego przyjaciela Trumpa, partnera golfowego i jednocześnie wysłannika na Bliski Wschód – z szejkiem Tanounem bin Zayedem Al Nahyanem, zarządzającym funduszem majątkowym wartym około 1,5 biliona dolarów.
Niedługo po tym spotkaniu fundusze z ZEA zainwestowały 2 miliardy dolarów w Binance, za pośrednictwem kryptowalut powiązanych z firmą World Liberty Financial. Ta firma jest własnością rodzin Witkoffów i Trumpów. Inwestycja natychmiast uczyniła przedsięwzięcie niezwykle dochodowym, przynosząc ogromne zyski właścicielom.
Kilka tygodni później administracja USA zgodziła się sprzedać Zjednoczonym Emiratom Arabskim zaawansowane chipy do zastosowań w sztucznej inteligencji – technologie, których wcześniej odmawiano nawet bliskim partnerom z uwagi na ich potencjalne znaczenie militarne. Oficjalnie oba wydarzenia nie są ze sobą powiązane. Jednak ich sekwencja, skala finansowa i osobiste powiązania beneficjentów budzą poważne wątpliwości, tym bardziej że pojawiły się także obawy o możliwość pośredniego transferu tych technologii do Chin.

Media, polityka i rodzinne interesy
Kolejnym polem, na którym zacierają się granice między państwem a prywatnym kapitałem, jest rynek medialny. Trwająca batalia o przejęcie Warner Bros. Discovery – właściciela m.in. HBO i CNN – unaoczniła, jak głęboko w procesy o znaczeniu publicznym wchodzą interesy osób powiązanych z prezydentem.
Jednym z podmiotów wspierających konkurencyjną ofertę był fundusz Affinity Partners, założony przez Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa, finansowany w dużej mierze przez kapitał z Bliskiego Wschodu, w tym środki państwowe Arabii Saudyjskiej, ZEA i Kataru. Choć Kushner ostatecznie wycofał się z bezpośredniego udziału w tej konkretnej transakcji, sam fakt jego zaangażowania w fundusz inwestycyjny o takim zapleczu, przy jednoczesnej roli nieformalnego wysłannika dyplomatycznego, rodzi pytania o konflikt interesów.
Prezydent zapowiedział przy tym, że osobiście będzie miał wpływ na decyzję, kto może przejąć medialnego giganta. Oznacza to sytuację, w której głowa państwa decyduje o losie potężnej organizacji informacyjnej, podczas gdy jego najbliższa rodzina jest powiązana finansowo z jednym z potencjalnych beneficjentów.
Pardon jako waluta polityczna
Najbardziej namacalnym przykładem wykorzystywania władzy publicznej do prywatnych celów stała się jednak praktyka ułaskawień. Donald Trump już w swojej pierwszej kadencji chętnie sięgał po to narzędzie, ale skala działań w drugiej kadencji nie ma precedensu. W niespełna rok wydał niemal 2000 ułaskawień i złagodzeń wyroków, znacznie przekraczając tempo i liczbę znaną z historii USA.
Wśród ułaskawionych znaleźli się wpływowi biznesmeni ze świata kryptowalut, w tym założyciel Binance, skazany wcześniej za pranie pieniędzy. Jego firma przynosiła zyski przedsięwzięciom powiązanym z rodziną Trumpa, a kilka miesięcy później prezydent podpisał akt łaski. Oficjalnie zaprzeczono jakimkolwiek związkom między tymi faktami, jednak trudno nie dostrzec, że ułaskawienia coraz częściej trafiają do osób z kręgu finansowych i politycznych sojuszników prezydenta.
Jeszcze bardziej wymowna jest sprawa Paula Valchaka, skazanego na karę więzienia i wielomilionowe odszkodowanie. Jego matka była znaczącą fundatorką kampanii Trumpa i zapłaciła milion dolarów za udział w ekskluzywnym wydarzeniu fundraisingowym. Sam Valchak wprost wskazywał te darowizny w swoim wniosku o ułaskawienie, sugerując, że jego rodzina padła ofiarą politycznych represji. Kilka tygodni później został ułaskawiony.
Demontaż kontroli i obojętność na zarzuty
Równolegle administracja Trumpa systematycznie osłabia mechanizmy kontroli. Inspektorzy generalni, odpowiedzialni za nadzór nad etyką i legalnością działań w administracji, byli marginalizowani lub zwalniani. Śledztwa wobec osób bliskich prezydentowi – zarówno w Departamencie Sprawiedliwości, jak i w agencjach regulacyjnych – były zamykane lub zawieszane, często pod hasłem walki z „politycznym polowaniem na czarownice”.
Co znamienne, oskarżenia o korupcję nie wywołują u Donalda Trumpa szczególnego oburzenia. W przeszłości reagował gwałtownie na podważanie swojego majątku czy osobiste sugestie, natomiast zarzuty o nadużywanie władzy zdają się nie robić na nim większego wrażenia. Być może dlatego, że w środowisku, z którego się wywodzi – świecie wielkich interesów, nieruchomości i transakcji – takie praktyki postrzegane są nie jako moralne wykroczenie, lecz jako dowód sprytu i skuteczności.
Moment graniczny
Czy więc nadszedł moment, by bez wahania użyć słowa „korupcja”? Jeśli trzymać się definicji nadużycia władzy dla prywatnych korzyści oraz naruszenia zaufania publicznego, odpowiedź coraz częściej brzmi: tak. Nie chodzi o pojedynczy skandal, lecz o systemowy wzorzec – zacieranie granic między państwem a prywatnym biznesem, między dyplomacją a inwestycją, między sprawiedliwością a lojalnością.
Historia pokaże, jak trwałe okażą się te zmiany i czy amerykańskie instytucje będą w stanie odbudować utracone zaufanie. Jedno jest jednak pewne: rok 2025 zapisze się jako moment, w którym pytanie o korupcję przestało być retoryczne, a stało się centralnym problemem debaty o przyszłości amerykańskiej demokracji.
Fot. nagłówka: Live and Let’s Fly
O autorze
Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.


