Przejdź do treści

Dwa lata po 15 października

red white and blue flag on white wall

Za nami druga rocznica 15 października – daty wyborów, które zakończyły okres rządów Zjednoczonej Prawicy. To zarazem stosowny moment na krótkie podsumowanie dwóch lat działalności Koalicji i przyjrzenie się perspektywom na resztę kadencji.

Przełom

„Ogromny zwrot”, „historyczny rezultat”, „triumf demokracji”. Komentatorzy w Polsce i za granicą chętnie używali określeń podkreślających dużą wagę głosowania z 2023 r.; entuzjazm związany z wynikami wyborów wydawał się powszechny. Nie bez powodu – kiedy po 8 latach nastał czas zmiany, zdarzyło się to w okolicznościach, które z kilku względów można nazwać szczególnymi.

PiS zastąpiła najbardziej zróżnicowana ideologicznie polska koalicja rządowa w tym stuleciu: od konserwatystów spod znaku PSL po silnie lewicowe Razem. Tak odmienne światopoglądy jednoczyła niechęć do partii Jarosława Kaczyńskiego, a zwłaszcza wprowadzonych przez nią zmian w sądownictwie. Wrażeniu doniosłej chwili sprzyjał też fakt, że zarejestrowano rekordową frekwencję 74,4%. Tłumnie do urn poszli – wbrew tradycyjnym tendencjom – najmłodsi wyborcy, którzy najprawdopodobniej przesądzili o wyniku. Symbolem ich zaangażowania było wrocławskie osiedle Jagodno, gdzie głosowanie zakończyło się dopiero o 2:45 w nocy.

Marsz Miliona Serc 1 października 2023 roku był skuteczną demonstracją poparcia dla ówczesnej opozycji. | Fot. Wikimedia Commons

Wszystkie te odległe już może z dzisiejszej perspektywy fakty przytaczam po to, by ukazać, w jak wyjątkowej atmosferze rozpoczynała rządy Koalicja 15 października. Po jej stronie stała nie tylko arytmetyka rozkładu sił w parlamencie, ale i ofensywa w narracji. Obejmując po raz trzeci w swojej karierze urząd premiera, Donald Tusk przyrównał zwycięstwo wyborcze do takich momentów dziejowych jak sierpień ’80 czy czerwiec ’89. Miał być to „dzień, nie pierwszy raz, pokojowego buntu, buntu na rzecz wolności i demokracji”. I choć deklaracji programowych obozu rządowego było kilka (exposé Tuska, słynne 100 konkretów KO, umowa koalicyjna), priorytety Koalicji były jasne. To między innymi przywrócenie praworządności i silnej pozycji Polski w UE, a także rozliczenie poprzedników.

Plany były więc niewątpliwie ambitne. Co natomiast rząd realnie dotychczas osiągnął – i w czym zawiódł?

Naprawa jak po grudzie

W pierwszej kolejności warto ocenić kwestię rozliczenia PiS. To sprawa istotna dla większości elektoratów ugrupowań rządowych, a jednak efekty są – co potwierdzają sondaże – niezadowalające. Początek mógł w oczach wyborców partii koalicyjnych sprawiać obiecujące wrażenie: powstały komisje śledcze do spraw wyborów korespondencyjnych, afery wizowej i Pegasusa. Na ich przykładzie widać jednak trudy rozliczeń.

Wielu frustruje „ślimacze” tempo: mimo że działania dwóch z tych komisji przełożyły się już na zawiadomienia do prokuratury, nie sformułowano w większości zarzutów, a na wyroki sądowe przed końcem kadencji na pewno nie można liczyć. Zainteresowani mogli ponadto przekonać się o bezsilności samych komisji, gdy lekceważono wezwania o stawienie się przed ich oblicze. Czołowi politycy z pewnością pamiętają znaczny potencjał instytucji komisji śledczej z okresu afery Rywina. Wówczas jej kroki powszechnie śledzono, a komisja odegrała kluczową rolę w ukazaniu korupcji rządzącego SLD. Od 2003 roku minęło jednak sporo czasu i wydaje się, że komisje śledcze nie wywierają już równie dużego wpływu na naród czy polityków.

Działania rządu związane z celem przywracania praworządności także nie napawają optymizmem, choć nie można zarzucić Koalicji bierności. Za kierownictwa Adama Bodnara uchwalono ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, które zakładały między innymi wybór sędziów przez Sejm większością kwalifikowaną 3/5 (zamiast obecnie wymaganej zwykłej większości) i unieważnienie wyroków z udziałem nieprawidłowo powołanych sędziów. Prezydent Andrzej Duda skierował je jednak do TK, który – będąc sędzią we własnej sprawie – stwierdził, że są niezgodne z Konstytucją. Z kolei kilka dni temu Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt ustawy zakładający usunięcie tak zwanych neo-sędziów. Szanse na znaczące zmiany i tu przekreśla deklaracja prezydenta Karola Nawrockiego, iż nie podpisze ustaw cofających nominacje poprzedniej władzy.

Doszło do sytuacji, której Koalicja się obawiała – bez przychylnej jej głowy państwa nie uda się przeprowadzić najważniejszych reform prawa. O ile trudno winić rząd za przegraną Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich – tym bardziej, że poszło „na żyletki” – może zastanawiać, dlaczego ustaw sanacyjnych, takich jak ta o neo-sędziach nie przygotowano w większej liczbie na okres przedwyborczej kampanii. Nawet gdyby zostały one zawetowane, stanowiłyby czytelny znak, że rząd intensywnie szuka rozwiązań. Weta Andrzeja Dudy w okresie kampanijnym mogłyby zaś zaszkodzić poparciu dla jego ugrupowania.

W gąszczu obietnic

Program społeczno-gospodarczy ma większą być może moc oddziaływania na wyborców niż kwestie związane z prawem. W kampanii z 2023 roku i później złożono wiele obietnic, z których części – zwłaszcza obniżek podatków – nie zrealizowano. Częściowo wynikało to z konfliktów wewnątrz koalicji, której ugrupowania poszły do wyborów z odmiennymi propozycjami: symptomatyczny był tu rozdźwięk pomiędzy Lewicą a resztą rządu w sprawie obniżenia składki zdrowotnej. Spory koalicyjne ujawniły się też w kwestiach światopoglądowych. Dziwi wynikający ze sprzeciwu PSL brak postępu w pracach nad liberalizacją aborcji. Tym samym partia narusza przecież umowę koalicyjną, której tekst głosi: „Unieważnimy wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku. Kobiety mają prawo decydowania o sobie”.

Mimo wszystko należy stwierdzić, że rząd zrealizował niektóre z głównych zapowiedzi kampanii. W kategoriach znacznego sukcesu można ocenić odblokowanie środków europejskich z Krajowego Planu Odbudowy, w sumie wynoszących ponad 250 miliardów złotych. To bez wątpienia zasługa samego premiera, który wykorzystał swoje relacje z przywódcami instytucji unijnych. Niestety dla rządu, nie udało się chyba wystarczająco nagłośnić znaczenia inwestycji z KPO, tym bardziej że przyćmiła je afera związana z wydawaniem tych pieniędzy na jachty czy solaria.

Do innych spełnionych obietnic należą programy wsparcia socjalnego: „babciowe” dla rodziców dzieci w wieku żłobkowym, renta wdowia czy finansowanie in vitro. Koalicja zwiększyła też do 800 złotych wysokość sztandarowego świadczenia PiS, a także wdrożyła podwyżki dla pracowników sektora budżetowego i nauczycieli. Kontynuowane są ogromne nakłady na wojsko, związane z zakupem zachodniego sprzętu.

Jakkolwiek ważne są powyższe wydatki, ich ciemną stroną jest radykalny wzrost dziury budżetowej. W samym zeszłym roku deficyt przebił 200 miliardów złotych. Co więcej, w 2026 roku dług Polski ma przekroczyć 60% PKB. Oznaczałoby to złamanie zakazującej zadłużania państwa powyżej tego poziomu Konstytucji. Nawet jeśli to ograniczenie uda się obejść, dalsze deficyty mogą wkrótce poskutkować obniżeniem ratingu kredytowego Polski, a więc wzrostem kosztów obsługi długu.

Zagranicą i na granicy

Fot. Wikimedia Commons

W rozważaniach dotyczących skuteczności rządu nie sposób pominąć jego działań na arenie międzynarodowej. Koalicja zobowiązała się do uzdrowienia relacji z Unią Europejską i profesjonalizacji dyplomacji; zapowiadano „jasną i obliczalną politykę zagraniczną”.

Kilka argumentów przemawia za tezą, że tak sformułowane cele w większości udaje się realizować. Po pierwsze, widać lepsze stosunki z UE, o czym świadczy chociażby przytoczona już sprawa odblokowania KPO. Polska ma za sobą też niezły okres prezydencji w Radzie UE. W jej trakcie Unia przyjęła instrument do finansowania przemysłów zbrojeniowych krajów członkowskich, na co naciskał rząd. Osiągnięciem koalicji było też zawarcie w Nancy w maju tego roku traktatu z Francją. Dzięki tej umowie zacieśniliśmy współpracę obronną i gospodarczą z Paryżem.

Silną stroną naszej dyplomacji jest też osobista popularność kierującego nią Radosława Sikorskiego. Sikorski to najlepiej oceniany z ministrów w badaniach opinii społecznej i wicelider rankingu zaufania polityków. Do jego atutów zaliczymy największe w III RP doświadczenie na stanowisku MSZ czy nienaganną znajomość języka angielskiego, którą wykorzystuje, wygłaszając płomienne przemowy. Brytyjski dziennik „Financial Times” zauważył również, że należący do Sikorskiego dworek w Chobielinie stał się ważnym narzędziem dyplomatycznym i elementem polskiego soft power.

Oparcie się na UE i USA, nacisk na bezpieczeństwo, współpraca z Ukrainą. Te wyznaczone przez duet Tusk-Sikorski kierunki w polityce zagranicznej przypominają działania z pierwszych rządów Platformy. Istnieją jednak ważne różnice – to na przykład słaba współpraca obecnego rządu z Niemcami.

Relacje pomiędzy premierem Tuskiem a kanclerzem Scholzem były chłodne, a szans na poprawę upatrywano w objęciu urzędu kanclerza przez Friedricha Merza w maju tego roku. Polityk CDU wyróżnił Polskę, odwiedzając Warszawę w pierwszym dniu swojego urzędowania; obaj liderzy zapowiedzieli nowe otwarcie. Jednak już dwa miesiące później rząd wprowadził tymczasowe kontrole na granicy z Niemcami, powołując się na zagrożenie nielegalną migracją. Od tamtego momentu dwukrotnie je przedłużono; mają  obowiązywać co najmniej do kwietnia. W sierpniu MSZ z dnia na dzień zlikwidowało stanowisko pełnomocnika ds. polsko-niemieckiej współpracy społecznej i przygranicznej. Czy powinniśmy tak postępować wobec jednego z najbliższych sojuszników? Wydaje się, że antyniemiecka narracja od lat prowadzona przez prawicę pozostaje nie bez wpływu na centrowych polityków.

Co dalej

Wyniki sondażu dla Opinii 24 z 14 października. Źródło: WNP.pl

Wyłaniający się z tych rozważań obraz funkcjonowania rządu po 15 października jest niejednoznaczny. Choć działania Koalicji w niejednym aspekcie wydają się zbyt wolne lub niewystarczające, można także wymienić pewne istotne osiągnięcia. Badania opinii publicznej wskazują natomiast, że ogół społeczeństwa jest bardziej krytycznie nastawiony do rządu niż autor tego artykułu. W niedawnym sondażu dla Onetu 60% ankietowanych stwierdziło, że Koalicja nie spełniła ich oczekiwań. Co więcej, spośród czterech ugrupowań rządowych tylko KO może być pewna miejsca w przyszłym parlamencie. Lewica, rywalizująca o lewicowy elektorat z Razem, balansuje na granicy progu wyborczego. PSL i Polska 2050 nie osiągają w sondażach wymaganych dla jednej partii 5% głosów razem wzięte. Dla ugrupowań, które dwa lata temu zdobyły ponad 14% (3,1 miliona) głosów, to katastrofalny spadek poparcia.

Wiele wskazuje, że za taki stan rzeczy w większym stopniu niż realne działania odpowiadają zaniedbania w polityce informacyjnej. Jak przewagę w narracji ma osiągać rząd, którego liderzy nie spotykają się regularnie i który do niedawna nie miał własnego rzecznika? Hasłem ostatnio często używanym przez Koalicję jest „Robimy, nie gadamy”. Czy nie dałoby się obu elementów połączyć? Zdaje się też, że ignorowana jest przestrzeń internetowa, w której rządowi politycy nie stanowią dla kilka razy popularniejszych kont sympatyków Konfederacji żadnej konkurencji.

W tym miejscu warto wrócić do 15 października, do wrażenia „momentu dziejowego”, które wielu wyborcom udzieliło się dwa lata temu. Wtedy opierająca się na odsunięciu PiS od władzy opowieść okazała się skuteczna. By odwrócić złą passę i dać nadzieję swoim elektoratom po przegranych wyborach prezydenckich, Koalicja potrzebuje nowego pomysłu na siebie. Warunkiem zwycięstwa w 2027 roku będzie zaoferowanie spójnej wizji na Polskę, nie polegającej jedynie na kopiowaniu populizmu czy antyimigracyjnej narracji oponentów. To powinno być dla rządu priorytetem na resztę kadencji. Kto wie – może 15 października da się powtórzyć.

Fot. nagłówka: Unsplash

O autorze

Jestem licealistą ze Szczecina. Pasjonuję się polityką krajową i międzynarodową, historią (szczególnie XX wieku), geografią polityczną i pokrewnymi dziedzinami. Lubię też gry planszowe oraz muzykę rockową.