Przejdź do treści

Ostatnie takie lato – recenzja serialu „Absolutni debiutanci”

Podczas gdy cała Polska utknęła w baroku, rozpływając się nad – zresztą naprawdę udanym – serialem „1670”, w tym samym czasie prawie niezauważalnie na Netflixie przemknęli „Absolutni debiutanci”. A szkoda, bo to serial zasługujący na tak samo duży, lub nawet większy, medialny rozgłos i aplauz.

Szum morza, wakacyjne upały, letnie zachody słońca – to w tle. Zaś na pierwszym planie bohaterowie z krwi i kości. Twórczynie serialu „Absolutni debiutanci” – Kamila Tarabura, Nina Lewandowska i Katarzyna Warzecha – niezależnie od metryki i doświadczeń, wszystkie swoje postacie traktują z identyczną empatią i uwagą. Być może dlatego sześcioodcinkową nowość od Netflixa ogląda się z zapartym tchem i ciarkami na plecach.

Tamte dni, tamte noce

Teoretycznie kino z gatunku „coming of age”, opowiadające o perypetiach bohaterów wkraczających w dorosłe życie i szukających własnej tożsamości, wydaje się utarte i wykorzystane już przez twórców na całym świecie na wszelkie możliwe sposoby. To jednak tylko teoria: po pierwsze dlatego, że opowieści o młodych ludziach i ich rozterkach pod każdą szerokością geograficzną stanowią niewyczerpalne źródło artystycznych inspiracji i emocji, a po drugie ze względu na polską perspektywę.

Otóż nasza rodzima kinematografia z takim rodzajem kina często ma problem. Zamiast żywych, krwistych i wyrazistych postaci, dostajemy słabe karykatury albo marne, nieangażujące historie (najświeższy przykład: „#BRINGBACKALICE” na HBO). I chociaż zdarzają się chlubne wyjątki („Ostatni komers”, przyzwoite „Sexify” czy niezły „Belfer”), to mimo wszystko polskiemu widzowi nie przypadają nawet okruszki tego, co serwują widowni chociażby amerykańscy reżyserzy i reżyserki (patrz: „Euforia”, „Tacy właśnie jesteśmy” czy „Rdzenni i wściekli”).

Fot. Netflix

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że powoli udaje się przełamywać impas. „Absolutni debiutanci” to kawał dojrzałego i poruszającego rzemiosła filmowego. Opowieść biegnąca różnymi torami, raz wesoła, raz polana smacznym komediowym sosem, a kiedy indziej smutna, nostalgiczna i gorzka jak kminek. Historia różnych pokoleń i osobowości, wrzuconych w jedno lato, jedno miasteczko i labirynt miłosnych i życiowych dylematów.

To nie porno, to rewolucja

Lena (Martyna Byczkowska), nastolatka w spektrum autyzmu, i jej najlepszy przyjaciel Niko (Bartłomiej Deklewa) przed chwilą napisali matury i ukończyli szkoły średnie. W momencie rozpoczęcia akcji serialu oboje stoją przed wyborem dalszej ścieżki edukacji. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się jasne i klarowne: zakochani w kinematografii, nie wyobrażają sobie innego kierunku studiów niż filmówka.

Z tej racji w trakcie wakacji, spędzanych nad polskim morzem wraz z rodzicami obu bohaterów w ich wspólnym, urokliwym domku, zamierzają nakręcić film na egzaminy do szkoły. Scenariusz, pomysł i kostiumy (zresztą wyborne!) są, otoczenie i klimat sprzyjają. Z tym że, jak to w życiu bywa – na drodze nastolatkom staną uczucia, różnica koncepcji i priorytetów. Zwłaszcza że na horyzoncie pojawi się Igor (Jan Sałasiński): młody, utalentowany koszykarz, przebywający w tym samym czasie na obozie ze swoją drużyną sportową.

Fot. Netflix

„Krótko o miłości” – taki roboczy tytuł nosi film przygotowywany przez nastolatków. Szybko okazuje się jednak, że jest on tyleż wyrazem pasji i emocjonalnego zaangażowania wobec kina, co bardziej pretekstem do bliższego poznawania siebie nawzajem, poszukiwania indywidualnych aspiracji czy odnajdywania namiętności i pragnień.

Lena od samego początku nalega na scenę seksu, Niko zaś zdaje się w tej kwestii asekurancki i nieprzekonany. Zwłaszcza gdy ta w pewnym momencie rozmazuje granicę między fikcją a rzeczywistością – inscenizacją a prawdziwym, ważnym, cielesnym i uczuciowym doznaniem. Niko ewidentnie nie potrafi (i też nie chce) wkroczyć w kolejną gęstość ich relacji, odpowiada mu stan na tu i teraz, stwierdza, że z Leną są „zbyt blisko, jak rodzeństwo”, żeby móc oddać się romantycznej miłości lub nawet czysto fizycznemu doznaniu. Wyczuwa tu jakąś niezręczność, zgrzyt. „Serio, pójdziemy z pornosem na egzamin?” – pyta w jednej ze scen.

„To nie porno, to rewolucja” – słyszy wtedy od Leny.

Ten trzeci

I tutaj w kadrze pojawia się Igor. Zawieszony gdzieś między marzeniami o profesjonalnej karierze, a skomplikowanymi uczuciami do nowopoznanej dziewczyny (Malwina, grana przez Paulinę Krzyżańską, uwięziona w objęciach małego miasteczka, niepozwalającego rozwinąć jej skrzydeł, dorastająca bez matki i w trudnej relacji z ojcem), a przy tym pogrążony w tęsknocie za rodziną. Koszykówka do tego stopnia pochłania jego życie, że nie ma czasu na bliskość i głębsze znajomości. A przecież potrzebuje ich jak każdy inny.

Ten klincz sprawia, że kiedy poznaje Lenę i Niko, nagle coś się w nim budzi. Zaczyna mu zależeć, zostaje zaangażowany do jednej z ról w ich filmie i doświadczać zupełnie nowych stanów i uczuć. Wszystko staje na głowie, pojawiają się pytania o wartości, które wcześniej znał jedynie mgliście, zawsze tylko na pozór: przyjaźń, miłość i przywiązanie. Z czasem w ich trio zaczyna wkradać się też zazdrość, która poniekąd zmienia perspektywę zarówno bohaterów, jak i widza. Dzięki świetnemu castingowi, scenariuszowi Niny Lewandowskiej, naturalnym, błyskotliwym dialogom, genialnie zarysowanym konfliktom i płynnie poprowadzonej historii, możemy poznać postacie w ich pełnej krasie. Obserwować jak zmieniają się pod wpływem sytuacji, czego się o sobie dowiadują i uczą, a wreszcie – zrozumieć, co czują.

Fot. Netflix

Reżyseria Kamili Tarabury i Katarzyny Warzechy (współtworzących także niedawno głośny film „Zielona granica” razem z Agnieszką Holland) cechuje się delikatnością i uważnością. Oko kamery lubi zawiesić się na twarzach aktorów, iść za nimi, kiedy ci zostają w pojedynkę i mierzą się z frustracją, rozczarowaniem lub smutkiem; uchwycić wspaniałe, nadmorskie widoki, pozwalając tym samym w pełni oddać się zapachom i atmosferze, w której snuje się ta historia. Zresztą wyśmienicie w tym serialu brzmi również soundtrack. Nieco senny, nostalgiczny, momentami energiczny i drapieżny, wchodzący w harmonię z nastrojem całej opowieści i dopieszczający ją w najważniejszych momentach.

Starzy są w tle. Ale wcale nie są mniej ważni

Tak, „Absolutni debiutanci” to serial w pierwszej kolejności przykładający lupę do rozterek nastoletnich bohaterów. Ale jego wyjątkowość polega także na tym, że twórcy i twórczynie nie poprzestają na jednej grupie wiekowej i tak samo wnikliwie analizują pokolenie rodziców.

Najwięcej uwagi spośród starszych postaci poświęca się tu zdecydowanie dwóm parom: rodzicom Niko – Bogusi i Pawełkowi – oraz opiekunom Leny, Tamarze i Dawidowi (ojczym). Nie zdradzając za dużo fabuły, reżyserki niezwykle sprawnie i sprytnie przenoszą naszą atencję i emocje w stronę tego kwartetu, dowodząc niejako, że niezależnie od peselu, wszyscy chcemy od życia tego samego: bliskości, przywiązania, prawdziwej miłości i poczucia bezpieczeństwa. I że czasem jest to podobnie trudne do odnalezienia zarówno w liceum, jak i po pięćdziesiątce.

Fot. Netflix

Co ważne, rodzice robią wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić Lenie i Niko komfort i szczęście. Nie uciekają od trudnych rozmów, słuchają zwierzeń i próbują doradzać, słowem – wspierają. Chociaż ich samych dręczą kryzysy i wypalenia, przy dzieciach nie dają tego po sobie poznać. A przynajmniej do pewnego momentu, w którym cała stabilność ich relacji leci na łeb, na szyję i zaczyna rozpadać się jak domek z kart.

To kolejne ciekawe spostrzeżenie w „Absolutnych debiutantach”: mimo że obie pary mają ogromne doświadczenie i wiele cennych mądrości do przekazania, tak naprawdę cała czwórka nadal uczy się życia i daje się zaskakiwać. W obliczu silnych emocji wydają się czasem tak samo bezradni i we mgle, jak Niko, Lena, Malwina czy Igor.

Brawurowi debiutanci

Najwyższy czas przejść do niesamowicie istotnej kwestii, czyli obsady serialu. Jak wskazuje sam tytuł, należy spodziewać się tutaj debiutantów i aktorów mało rozpoznawalnych. Chociaż nie „absolutnych”, to już na pewno „brawurowych”. W taki sposób można opisać i Bartłomieja Deklewę, świetnego w roli Niko, i chyba jeszcze lepszą serialową Lenę, czyli Martynę Byczkowską (która generalnie przeżywa teraz świetny artystyczny czas w „1670” popisała się błyskotliwą kreacją Anieli). Byczkowska, grając postać w spektrum autyzmu, czule, starannie i wyraziście – a przy tym nie karykaturalnie – oddaje wszystko to, co z jednej strony uwiera, a z drugiej czyni Lenę wyjątkową. Z kolei w Igora wcielił się kolejny nieopatrzony, a na pewno bardzo zdolny i interesujący Jan Sałasiński, któremu z powodzeniem wtórowała Paulina Krzyżańska (Malwina).

Obok fenomenalnie poprowadzonej przez reżyserki młodzieży znalazło się też równie silne i trafione grono bardziej doświadczonych aktorów. Na ekranie błyszczą m.in. Andrzej Konopka jako Pawełek, Anna Krotoska jako rozdarta w uczuciach Bogusia, Katarzyna Warnke w wiarygodnej roli Tamary, czy Piotr Witkowski, czyli nieco zagadkowy i wycofany Dawid. Równocześnie fajnie i z polotem wypada Julian Świeżewski (targany swoimi problemami i przeszłością trener drużyny koszykarskiej), a także Maciej Kosiacki (zawodnik Jacek) i Jakub Wieczorek (twardy, surowy ojciec Malwiny).

Fot. nagłówka: Netflix

O autorze

Mieszka w Krakowie, uczeń I LO im. Bartłomieja Nowodworskiego. Interesuje się kinem, polityką i historią, sporo czyta i z zaciekawieniem śledzi wyniki rozgrywek piłkarskiej Ekstraklasy. W wolnych chwilach korzysta z dobrodziejstw Spotify, zasłuchując się w dźwiękach bluesa albo odtwarzając różne podcasty.