Przejdź do treści

Imperium bez hamulców – Trump i koniec starego świata

Od Wenezueli po Grenlandię administracja Donalda Trumpa testuje granice siły, prawa i lojalności sojuszników. Coraz mniej chodzi o demokrację czy stabilność, a coraz bardziej o demonstrację dominacji. Czy świat właśnie wchodzi w epokę, w której potęga znów zastępuje zasady?

Powrót imperialnego języka

Świat, który przez dekady opierał się na względnie stabilnych zasadach, w ostatnich tygodniach zaczął chwiać się w sposób, który jeszcze niedawno wydawał się nie do pomyślenia. Działania administracji Donalda Trumpa – od operacji w Wenezueli, przez demonstracyjne przejmowanie tankowców, aż po powrót do pomysłu przejęcia Grenlandii – układają się w obraz polityki zagranicznej, która coraz mniej przypomina powojenny porządek międzynarodowy, a coraz bardziej logikę XIX-wiecznego imperializmu. To nie jest już seria incydentów ani politycznych ekscesów. To konsekwentny kierunek, który wywołuje niepokój sojuszników, zachęca rywali i zmusza mniejsze państwa do szukania nowych form zabezpieczenia swoich interesów.

Jeszcze niedawno wielu obserwatorów skłonnych było traktować Wenezuelę jako odosobniony przypadek. Kraj pogrążony w kryzysie, rządzony przez skompromitowany reżim, wydawał się łatwym celem dla twardej demonstracji siły. Jednak kolejne wydarzenia szybko podważyły te nadzieje. Retoryka Białego Domu jasno wskazuje, że nie chodziło o jednorazową interwencję, lecz o nowy sposób myślenia o roli Stanów Zjednoczonych w swoim „najbliższym otoczeniu”.

Administracja Trumpa coraz wyraźniej sygnalizuje, że Zachodnia Półkula ma być obszarem bezpośredniej amerykańskiej dominacji, w którym decyzje zapadają jednostronnie, bez konsultacji z sojusznikami czy instytucjami międzynarodowymi.

Tankowce jako sygnał dla świata

Przejęcie dwóch tankowców w odstępie zaledwie kilku godzin stało się symbolicznym momentem tej zmiany. Jeden z nich był związany z wenezuelską „flotą cieni”, drugi – pływający pod rosyjską banderą – został zatrzymany na północnym Atlantyku, przy współpracy sił brytyjskich. Oficjalnie chodziło o egzekwowanie sankcji i walkę z nielegalnym handlem ropą.

Problem polega na tym, że fakty nie do końca pasują do tej narracji. Zatrzymany w pobliżu Islandii statek nie przewoził ropy, a szczegóły operacji pozostają niejasne. W warunkach, w których administracja w Waszyngtonie jawnie manipuluje przekazem, a dostęp niezależnych dziennikarzy do informacji wojskowych jest ograniczany, ustalenie prawdziwych motywów takich działań staje się coraz trudniejsze.

Coraz wyraźniej widać, że Stany Zjednoczone przestają nawet deklaratywnie odwoływać się do języka prawa międzynarodowego, demokracji czy praw człowieka. Zamiast tego pojawia się narracja siły: świat ma być rządzony przez tych, którzy są wystarczająco potężni, by narzucać swoją wolę.

To zasadnicza zmiana w porównaniu z okresem powojennym, kiedy amerykańska polityka – nawet jeśli bywała sprzeczna lub cyniczna – była przynajmniej opakowana w aspiracyjny język wartości. Dziś ten język znika, a wraz z nim znika ważny element legitymizacji amerykańskiego przywództwa.

Grenlandia: żart, który przestał śmieszyć

Jednym z najbardziej niepokojących elementów tej układanki jest powrót do idei przejęcia Grenlandii. Jeszcze kilka lat temu traktowano ją jako polityczną fanaberię, która nie ma szans na realizację. Dziś prezydent USA mówi o niej otwarcie, podkreślając jej „strategiczne znaczenie” i sugerując możliwość użycia siły.

Argumenty bezpieczeństwa nie wytrzymują jednak krytyki. Stany Zjednoczone od dekad posiadają na Grenlandii bazy wojskowe na mocy porozumień z Danią. Jeśli chciałyby zwiększyć swoją obecność militarną, mogłyby to zrobić w ramach istniejących traktatów. Podobnie jest z surowcami: dostęp do nich jest możliwy, choć ekstremalne warunki klimatyczne czynią eksploatację nieopłacalną.

Skoro nie chodzi ani o realne potrzeby wojskowe, ani o szybki zysk gospodarczy, coraz bardziej prawdopodobne staje się inne wyjaśnienie: Grenlandia ma być symbolem. Dowodem siły, manifestacją dominacji, pokazem, że Stany Zjednoczone mogą poszerzać swoje terytorium, jeśli tylko zechcą.

Taka logika przypomina epokę imperialnych podbojów, w których liczył się prestiż i ekspansja sama w sobie. Różnica polega na tym, że dziś podobny ruch mógłby doprowadzić do rozpadu NATO i podważyć cały system bezpieczeństwa transatlantyckiego.

Ewentualny atak lub próba przejęcia Grenlandii oznaczałaby fundamentalny kryzys Sojuszu Północnoatlantyckiego. NATO opiera się na zasadzie kolektywnej obrony: atak na jednego członka jest atakiem na wszystkich. Gdyby agresorem był największy i najsilniejszy członek sojuszu, cała konstrukcja straciłaby sens.

Dla młodszych pokoleń NATO bywa traktowane jako oczywistość, element stałego porządku świata. Tymczasem jego rola była i pozostaje kluczowa. To właśnie istnienie sojuszu tłumaczy, dlaczego Rosja nie zdecydowała się na atak na państwa bałtyckie czy Polskę. Zniszczenie NATO nie zwiększyłoby bezpieczeństwa, lecz uczyniło wojnę w Europie bardziej prawdopodobną.

Fot. pexels.com

Wenezuela jako system trybutarny

Po drugiej stronie Atlantyku trwa eksperyment w Wenezueli. Usunięcie Nicolása Maduro zostało przyjęte przez wielu Wenezuelczyków z ulgą, ale szybko stało się jasne, że nie chodzi o klasyczną transformację ustrojową. System władzy pozostaje w dużej mierze nienaruszony, o ile nowa elita będzie gotowa podporządkować się żądaniom Waszyngtonu.

Deklaracje o przejęciu kontroli nad dziesiątkami milionów baryłek ropy i kierowaniu zysków do Stanów Zjednoczonych brzmią bardziej jak forma trybutu niż plan odbudowy kraju. Ekonomiczna racjonalność takiego rozwiązania jest wątpliwa, zwłaszcza w kontekście koniecznych inwestycji i niestabilności politycznej.

Groźby kierowane pod adresem Kolumbii, Meksyku i Kuby wzmacniają poczucie niepewności w całym regionie. Nawet jeśli brak formalnych pretekstów do interwencji, sama gotowość do użycia siły zmienia kalkulacje polityczne sąsiadów USA.

W dłuższej perspektywie taki styl polityki może doprowadzić do efektu odwrotnego od zamierzonego. Zamiast podporządkowanej strefy wpływów pojawi się sieć państw szukających ochrony w nowych sojuszach, także z Chinami. Europa również może zacząć dystansować się od partnera, który przestał być przewidywalny.

Świat bez doktryny, świat bez hamulców

Trudno mówić o spójnej doktrynie polityki zagranicznej. To raczej zbiór impulsów, decyzji podejmowanych ad hoc, podporządkowanych potrzebie demonstracji siły i zwycięstwa tu i teraz. Brak refleksji nad długofalowymi skutkami sprawia, że działania w jednym miejscu mogą destabilizować sytuację w zupełnie innym regionie.

W efekcie świat wchodzi w fazę głębokiej niepewności. Stary porządek jeszcze się nie rozpadł, ale nowe zasady są już brutalnie testowane. I choć dziś wydaje się, że największą cenę płacą słabsi, historia pokazuje, że imperialna polityka prędzej czy później uderza także w tych, którzy ją prowadzą.

Fot. nagłówka: Wikimedia Commons

O autorze

Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *