Nowa strategia bezpieczeństwa USA to nie tylko dokument polityczny, lecz ideologiczny manifest. Europa przestaje być naturalnym sojusznikiem, a wojna kulturowa wkracza do globalnej polityki. Co naprawdę oznacza ten zwrot i kto na nim zyskuje?
Europa w nowej strategii USA. Koniec starego porządku transatlantyckiego?
Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, jak Donald Trump postrzega Europę, ostatnie dni przyniosły odpowiedź wyjątkowo jednoznaczną. Prezydent Stanów Zjednoczonych określił Europejczyków jako słabych, sparaliżowanych polityczną poprawnością i niezdolnych do podejmowania decyzji. Te słowa, wypowiedziane publicznie, zbiegły się w czasie z publikacją nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego – dokumentu, który w europejskich stolicach wywołał niepokój, a w niektórych przypadkach wręcz alarm.
Od zakończenia II wojny światowej relacje transatlantyckie opierały się na względnie stabilnym fundamencie: wspólnocie interesów, wartości demokratycznych i przekonaniu, że bezpieczeństwo Europy i Stanów Zjednoczonych jest nierozerwalnie związane. Nowa strategia sugeruje jednak, że ten porządek przestaje obowiązywać, a przynajmniej – że Waszyngton nie uważa go już za oczywisty.
Strategia bezpieczeństwa narodowego to dokument wymagany przez amerykański Kongres od 1986 roku. W założeniu ma on porządkować myślenie administracji o świecie: wskazywać zagrożenia, cele i środki ich realizacji. Przez lata wiele takich strategii było przewidywalnych, pełnych ogólników i technokratycznego języka. Zdarzały się jednak momenty, gdy dokument ten stawał się wyraźnym sygnałem zmiany kursu.
Obecna strategia zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Jest daleka od neutralnego tonu, a jej język nie przypomina standardowego stylu amerykańskiej dyplomacji. To nie jest tekst pisany z myślą o archiwach, lecz manifest polityczny, który ma wywołać debatę – zarówno w kraju, jak i za granicą.
Europa jako problem, nie partner
Najbardziej uderzającym elementem nowej strategii jest sposób, w jaki przedstawiona została Europa. Dokument zawiera ostrzeżenie, że jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent może stać się „nierozpoznawalny” w ciągu dwóch dekad. Wprost kwestionowana jest zdolność niektórych państw europejskich do utrzymania wystarczająco silnych gospodarek i armii, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami USA.
Dotychczasowe napięcia między Waszyngtonem a Europą dotyczyły głównie kwestii technicznych – takich jak poziom wydatków na obronność. Amerykańscy prezydenci od lat naciskali na państwa NATO, by przeznaczały co najmniej 2 proc. PKB na wojsko. Nowością jest jednak to, że obecna strategia wykracza daleko poza spory o budżety.
Nowa strategia USA wchodzi w obszar europejskiej polityki kulturowej i społecznej. Używa języka charakterystycznego dla skrajnej prawicy, opisując migrację jako zagrożenie egzystencjalne, a zmiany demograficzne jako proces prowadzący do upadku cywilizacji. Pojawia się sugestia, że sojusz transatlantycki może funkcjonować tylko jako wspólnota oparta na określonej tożsamości kulturowej – w domyśle białej i chrześcijańskiej.
To zasadnicze odejście od dotychczasowej logiki amerykańskiej polityki zagranicznej, która – przynajmniej deklaratywnie – opierała się na podziale świata na demokracje i autokracje. W nowym dokumencie ten podział właściwie znika. Znacznie ważniejsze staje się to, czy dane państwo wpisuje się w amerykańską wojnę kulturową.
Europejska Unia jako wróg ideologiczny
Szczególną niechęcią w strategii obdarzona została Unia Europejska. Nie chodzi tu wyłącznie o kwestie gospodarcze czy handlowe. UE przedstawiana jest jako projekt liberalny, transnarodowy i ograniczający suwerenność państw – a więc dokładnie taki, jaki amerykańska prawica postrzega jako zagrożenie.
W tym ujęciu Unia staje się przeszkodą dla wzrostu sił skrajnie prawicowych w Europie. Osłabienie Brukseli miałoby prowadzić do wzmocnienia ruchów narodowych, które sprzeciwiają się integracji, migracji i liberalnym normom społecznym. Strategia bezpieczeństwa narodowego USA zdaje się więc pośrednio wspierać polityczne projekty, które jeszcze niedawno były traktowane w Waszyngtonie z dużą rezerwą.

Siła, męskość i porządek świata
Jednym z mniej oczywistych, ale konsekwentnie obecnych motywów nowej strategii jest pojęcie siły – rozumianej nie tylko militarnie, lecz także kulturowo. Europa przedstawiana jest jako kontynent osłabiony, nadmiernie zbiurokratyzowany i pozbawiony zdecydowanego przywództwa. W tle pobrzmiewa narracja o utracie „męskości” i sprawczości.
To spojrzenie wpisuje się w szerszą wizję porządku społecznego, w którym dominującą rolę mają odgrywać silni liderzy, nieograniczeni nadmiarem reguł i instytucjonalnych zabezpieczeń. W tym sensie krytyka Unii Europejskiej jako struktury opartej na procedurach i kompromisach nabiera głębszego znaczenia ideologicznego.
W strategii pojawia się także wątek demograficzny, ściśle powiązany z polityką wobec kobiet. Niski przyrost naturalny w Europie przedstawiany jest jako zagrożenie strategiczne. Odpowiedzią ma być odbudowa „integralności kulturowej”, co w praktyce oznacza sprzeciw wobec migracji i nacisk na tradycyjne role społeczne. Historia zna podobne narracje. W przeszłości ruchy autorytarne często łączyły lęk przed upadkiem demograficznym z ograniczaniem praw kobiet, traktując je jako narzędzie do realizacji celów narodowych. Nowa strategia USA zdaje się wpisywać w ten schemat, przenosząc go na grunt relacji międzynarodowych.
Autokraci nowymi partnerami
Jeśli Europa jawi się w tym dokumencie jako problem, to kto zyskuje na nowym podejściu Waszyngtonu? Strategia sugeruje, że Stany Zjednoczone są gotowe zacieśniać relacje z autokratami – o ile ci oferują stabilność i korzyści gospodarcze. W regionach takich jak Bliski Wschód, Afryka czy Azja sygnał jest czytelny: kwestie demokracji i praw człowieka przestają być warunkiem współpracy.
Wyraźnym beneficjentem tej zmiany wydaje się Rosja. Dokument kładzie nacisk na szybkie zakończenie wojny w Ukrainie i odbudowę „strategicznej stabilności” z Moskwą, nawet kosztem terytorialnych ustępstw Kijowa. Presja na Ukrainę rośnie, a Kreml może odbierać to jako osłabienie dotychczasowego stanowiska Zachodu wobec agresji.

Ameryka wraca na swoje podwórko
Nowa strategia ożywia także doktrynę Monroe’a, jedną z najstarszych zasad amerykańskiej polityki zagranicznej. Współczesna interpretacja tej doktryny oznacza bardziej agresywne działania USA w Ameryce Łacińskiej – w tym jednostronne interwencje i demonstracje siły.
Przejęcie tankowca u wybrzeży Wenezueli czy działania przeciwko bliżej nieokreślonym „łodziom narkotykowym” pokazują, że Waszyngton jest gotów działać bez oglądania się na międzynarodowe procedury. To podejście trudno pogodzić z retoryką „Ameryka przede wszystkim”, jeśli rozumieć ją jako izolacjonizm. Bardziej trafne wydaje się określenie: unilateralizm pozbawiony liberalnych ograniczeń.
Świat po liberalnym konsensusie
Nowa strategia bezpieczeństwa narodowego USA rysuje obraz świata, w którym tradycyjny podział na demokracje i autokracje traci znaczenie. Kluczowe staje się ideologiczne dopasowanie do amerykańskiej wojny kulturowej oraz gotowość do realizacji wspólnych interesów ekonomicznych.
Dla Europy to sygnał ostrzegawczy. Nie jest to dokument, który można zignorować lub przeczekać. Próby dostosowania się do tej wizji świata wydają się skazane na porażkę – nie chodzi bowiem o kompromis, lecz o fundamentalną zmianę wartości.
W tym sensie europejskie stolice stają przed wyborem: albo spróbują odpowiedzieć własną, spójną strategią, albo pogodzą się z rolą coraz mniej istotnego partnera w świecie, który właśnie redefiniuje swoje reguły.
Fot. nagłówka: Atlas Institute for International Affairs
O autorze
Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.


