Przejdź do treści

Trump, Xi i cień atomu – kulisy spotkania dwóch supermocarstw w Seulu

W świecie, w którym każda decyzja globalnych liderów może zmienić bieg historii, spotkanie Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem pod koniec października w Korei Południowej stało się jednym z najważniejszych momentów nowego etapu relacji amerykańsko-chińskich. W cieniu wojen handlowych, prób nuklearnych i rywalizacji o dominację technologiczną, dwóch najpotężniejszych ludzi świata usiadło naprzeciw siebie, by – przynajmniej w teorii – zakończyć trwający latami konflikt handlowy. Ale, jak to zwykle bywa w przypadku Trumpa, nic nie przebiegło zgodnie z planem.

Spotkanie z niespodzianką

Jeszcze przed rozpoczęciem rozmów w Seulu, świat obiegła wiadomość, która wstrząsnęła dyplomatycznym protokołem. Donald Trump, znany ze swojej nieprzewidywalności, postanowił na kilka godzin przed spotkaniem ogłosić za pośrednictwem swojej platformy Truth Social, że Stany Zjednoczone rozpoczną testy broni nuklearnej „na równych zasadach” z innymi państwami.

„Z powodu testów jądrowych innych krajów, poleciłem Departamentowi Wojny rozpocząć nasze własne testy”, napisał Trump, dodając, że USA dysponuje największym arsenałem nuklearnym na świecie, zostawiając Rosję i Chiny daleko w tyle.

Ta decyzja – ogłoszona publicznie, bez konsultacji z Kongresem ani sojusznikami – nie tylko zaskoczyła opinię publiczną, ale i postawiła w trudnej sytuacji jego chińskiego odpowiednika. Zamiast zaplanowanej rozmowy o handlu, świat ujrzał teatr polityczny, w którym każda ze stron próbowała zachować twarz i jednocześnie zyskać przewagę.

Dyplomacja w stylu rockowej trasy koncertowej

Jak podkreślali dawni amerykańscy urzędnicy, spotkania tej rangi zwykle są planowane z chirurgiczną precyzją – od układu sali po długość uścisku dłoni. Jeden z byłych dyrektorów ds. Chin w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA opisał przygotowania jako „niemalże planowanie ślubu”, gdzie liczy się każdy szczegół: kto wchodzi pierwszy, kto siada po której stronie stołu, w jakim momencie podawane są dokumenty do podpisu.

W tym przypadku wszystko jednak wyglądało inaczej. Trump nie lubi scenariuszy. Znani z perfekcyjnego przygotowania i dbałości o protokół Chińczycy musieli tym razem improwizować. Dla Pekinu, gdzie każdy gest Xi Jinpinga jest bacznie obserwowany i interpretowany jako sygnał władzy, utrata kontroli nad przebiegiem spotkania była sytuacją niemal bezprecedensową.

Taki obrót spraw nie był jednak zaskoczeniem dla chińskich władz. Po latach napięć i handlowych przepychanek za pierwszej kadencji amerykanina, Xi Jinping i jego doradcy przygotowywali się na „Trumpa 2.0” – bardziej doświadczonego, ale też bardziej impulsywnego przeciwnika.

Pierwsza wojna handlowa z lat 2018-2020 zaskoczyła Chiny. Tym razem jednak Xi miał gotowy plan działania. Pekin wiedział, że Trump szuka medialnych sukcesów – szybkich ogłoszeń, które może przedstawić jako zwycięstwo. Wykorzystano to z zimną precyzją.

Nowa gra: zawieszenie broni zamiast pokoju

Według oficjalnych komunikatów, Stany Zjednoczone zgodziły się wstrzymać podwyżki ceł na większość towarów importowanych, z wyjątkiem produktów z Chin. W odpowiedzi Pekin wprowadził retorsyjne cła w wysokości 84% na amerykańskie towary, co – choć drakońskie – było w praktyce elementem negocjacyjnej gry.

Trump ogłosił sukces: Xi Jinping miał rzekomo zgodzić się na zakup amerykańskiej soi, sorga i innych produktów rolnych, a także na porozumienie dotyczące metali ziem rzadkich – kluczowych dla przemysłu obronnego i nowoczesnych technologii.

Należy jednak ostudzić entuzjazm. To raczej zawieszenie broni niż koniec wojny, ponadto wciąż brakuje konkretów dotyczących najważniejszych kwestii: ochrony własności intelektualnej, subsydiów dla chińskich firm czy kwestii technologicznych.

Szczególne znaczenie miała sprawa tzw. rare earths – minerałów niezbędnych do produkcji nowoczesnej elektroniki, turbin wiatrowych, a nawet samolotów bojowych. W trakcie wojny handlowej Chiny ograniczyły ich eksport, wywierając potężny nacisk na amerykański przemysł.

W Seulu Trump ogłosił, że „spór o rare earths został rozwiązany”. Jednak za kulisami porozumienie było niejasne. Pekin zgodził się jedynie na czasowe zawieszenie niektórych ograniczeń, nie rezygnując z prawa do dalszej kontroli eksportu. Co więcej, Chiny zapowiedziały, że nie będą sprzedawać tych surowców amerykańskim firmom zbrojeniowym – powołując się na względy bezpieczeństwa narodowego.

To nie był gest słabości, lecz sygnał siły. Xi Jinping pokazał, że potrafi używać narzędzi gospodarczych jako broni strategicznej, a Trump – mimo triumfalnych deklaracji – wrócił do kraju bez twardych gwarancji.

Tajwan – temat, który nie padł

Najbardziej znamienne w całym spotkaniu było jednak to, o czym nie rozmawiano. Trump nie wspomniał o Tajwanie – jednym z najbardziej drażliwych punktów w relacjach amerykańsko-chińskich.

Waszyngton od dekad utrzymuje tzw. „strategiczną niejednoznaczność” wobec wyspy, uznając Pekin za jedyny legalny rząd Chin, ale jednocześnie wspierając niezależność Tajpeju. Brak jakiegokolwiek odniesienia do tej kwestii podczas spotkania był dla wielu obserwatorów niepokojący.

„To nie było najgorsze, czego się obawialiśmy, ale też nie najlepsze, na co liczyliśmy” – stwierdził jeden z ekspertów The Guardian. Z jednej strony Trump nie dokonał żadnych ustępstw wobec Chin, z drugiej – nie potwierdził amerykańskiego zobowiązania wobec Tajwanu. Cisza w tej sprawie mogła być bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.

Fot. Wikimedia Commons

Trump i Xi: respekt czy rywalizacja?

Mimo różnic, Trump wyrażał się o Xi Jinpingu z zaskakująco dużym szacunkiem. Nazywał go „wielkim przywódcą wielkiego kraju” i „przyjacielem od wielu lat”. Ta retoryka kontrastowała z agresywnym tonem, jaki stosuje wobec innych światowych liderów. Trump zdaje się postrzegać Xi – podobnie jak Władimira Putina – jako członka ekskluzywnego klubu „silnych ludzi”, z którymi warto się liczyć.

Xi z kolei zachowywał dystans. Jego komunikaty po spotkaniu były lakoniczne, ograniczone do stwierdzeń o „pozytywnych postępach” i „zachowaniu stabilności relacji”. W jego tonie nie było euforii – raczej chłodna kalkulacja.

Trójkąt mocarstw: Chiny, Rosja, USA

Dla Xi Jinpinga spotkanie w Seulu było jednym z wielu elementów większej układanki. W ostatnich miesiącach Chiny zacieśniły relacje z Rosją, goszcząc Władimira Putina i Kim Dzong Una na obchodach Dnia Zwycięstwa w Pekinie. Trump miał wówczas poczuć się „pominięty” – jak donosiły źródła z jego otoczenia – postrzegając spotkanie jako próbę zawiązania „klubu autokratów” bez jego udziału.

Xi wykorzystał tę sytuację, by pokazać światu, że to Pekin, a nie Waszyngton, jest dziś gospodarzem globalnego układu sił. W tej grze symboli i gestów Chiny wydają się dziś siedzieć w fotelu kierowcy.

Trump zapowiedział już kolejną wizytę w Pekinie na kwiecień, co samo w sobie stanowiło dyplomatyczną nowość – takie podróże zwykle ogłasza się dopiero po ustaleniu wszystkich szczegółów. Dla Chin to sygnał, że mogą przetrzymać negocjacje i zachować karty przetargowe do momentu, gdy Xi Jinping sam będzie gotów ogłosić kolejne porozumienie.

Niepewność wokół przyszłych relacji jest duża. Choć amerykański Departament Skarbu sugeruje, że „umowa handlowa może być podpisana już w przyszłym tygodniu”, eksperci pozostają sceptyczni. To raczej „chwilowy rozejm” niż koniec rywalizacji.

Sojusznicy w Azji grają na dwie strony

Podczas azjatyckiego tournée Trump odwiedził także Japonię i Koreę Południową. W Tokio nowy premier zadeklarował, że zgłosi amerykańskiego prezydenta do Pokojowej Nagrody Nobla – gest, który można odczytać zarówno jako kurtuazję, jak i próbę przypodobania się. Z kolei w Seulu Trump otrzymał od południowokoreańskiego przywódcy złotą koronę, co media natychmiast uznały za symboliczne „ukoronowanie króla świata”.

Dla azjatyckich liderów nie jest tajemnicą, że pochlebstwo to najskuteczniejsza waluta w kontaktach z Trumpem. Azjaci doskonale nauczyli się grać na jego próżności – wiedzą, że kilka słów uznania potrafi otworzyć więcej drzwi niż miesiące negocjacji.

Fot. pexels.com

Kto naprawdę rządzi w tej relacji?

Na koniec warto postawić pytanie, które unosi się nad całym tym spotkaniem: kto dziś kontroluje dynamikę relacji USA-Chiny?

Zdaniem wielu analityków – Chiny. Choć amerykańska gospodarka wciąż jest potężniejsza, Pekin zdołał zyskać przewagę psychologiczną i strategiczną. Xi Jinping gra cierpliwie – nie tylko kartami, które ma w ręku, ale i samym przeciwnikiem. Trump, zafascynowany wielkimi gestami i natychmiastowymi sukcesami, często odsłania swoje zamiary jeszcze przed wejściem na salę negocjacyjną.

Można powiedzieć, że Xi gra swoim przeciwnikiem, nie kartami, ponieważ wie, że Stany Zjednoczone mają mocne atuty, ale brakuje im cierpliwości. A w tej grze kto potrafi czekać, ten wygrywa.

Spotkanie w Seulu nie zakończyło wojny handlowej. Nie rozwiązało też sporów o Tajwan, TikToka czy fentanyl. Ale było momentem symbolicznym – pierwszym, w którym po latach napięć dwie największe potęgi świata zasiadły do stołu z nową świadomością wzajemnych ograniczeń.

Trump ogłosił, że spotkanie „w skali od 1 do 10 zasługuje na 12”. Xi – milczał. Być może w tej różnicy tkwi cała prawda o obecnym układzie sił.

Bo jeśli Trump gra na pokaz, to Xi gra na czas. A w geopolityce to ten drugi bywa najpotężniejszą bronią.

Fot. nagłówka: Heute.at

O autorze

Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.