Szkocja to kraj pełen nieoczywistości i zagadek – od pierwszych chwil otula przyjezdnych swoim pięknem i tajemniczością. To zapewne najbardziej nietypowy oraz odmienny z krajów brytyjskiej unii, dla którego owa odrębność stanowi absolutny punkt honoru. Oczarowane Szkocją i jej kulturą, przywozimy z tej krainy sześć nieoczywistości, które ujęły nas dużo bardziej niż oklepany potwór z Loch Ness czy szkocka Whiskey.
Najmilszy naród świata?
Jedną z rzeczy, która najbardziej zapadła nam w pamięć, zdecydowanie jest uprzejmość Szkotów, z którą spotykałyśmy się na każdym kroku. Choć brzmi to jak wyświechtany frazes, coś, co można powiedzieć po większości wyjazdów, tutaj naprawdę zasługuje na wyróżnienie. Oczywiście nie twierdzimy, że są to ludzie bez wad, ale okazali nam bardzo dużo dobroci i chęci pomocy. Szkoci, których poznałyśmy, często starali się ponad wymagane minimum, lubili zagadywać i zdradzać lokalne tajemnice. Niektóre z naszych najlepszych wspomnień zdobyłyśmy w miejscach, o których dowiedziałyśmy się dopiero na miejscu! Czułyśmy się po prostu mile widziane i zadbane, a to samo w sobie mówi wiele.
Nie jesteśmy jednak w tym odczuciu osamotnione – szkockiej uprzejmości poświęcone są całe nitki na Quorze, Reddicie czy innych forach (a najstarsze z tych wpisów mają już ponad 20 lat)! Istnieją także badania, które właśnie Szkotów wskazały na najbardziej przyjazny naród Wielkiej Brytanii. Niektórzy twierdzą wręcz, że nawet tamtejszy akcent sprawia wrażenie sympatycznego. Wszyscy dochodzą do konsensusu – Szkoci to absolutnie przesympatyczni ludzie… ale jak to się właściwie dzieje? Dlaczego akurat oni?
Powodów można wskazać wiele. Być może wynika to z ich tradycji, która opiera się na oralności, otwartości oraz wspólnej zabawie. Nie bez winy pozostaje też głęboko zakorzeniona chrześcijańska kultura, oparta przecież na ofiarności i chęci pomocy. Prawda jest jednak taka, że życie w Szkocji nie należy do łatwych – pogoda jest co najmniej fatalna, sytuacja polityczna skomplikowana, a szkockie przywiązanie do tradycji wiąże się z surowym wychowaniem i poniekąd presją dorównywania wielkim przodkom. Przekłada się to na przymus uprzejmości, pewną maskę zakładaną przy obcych; nieustanne performowanie „najlepszej wersji siebie”. Ponadto, trudna historia nauczyła Szkotów, że najlepszą strategią przetrwania często jest wzajemna pomoc. W ich przyjaznym, skorym do imprez i pełnym humoru usposobieniu można więc dopatrywać się pewnego mechanizmu obronnego, wypracowanego przez wieki walki z przeciwnościami.
Fot. Wikimedia commons
Tłuszcz, cukier… i jeszcze raz tłuszcz
Gdy tylko postawiłyśmy stopy na dworcu w Glasgow, od razu pognałyśmy w poszukiwaniu jedzenia. Los chciał, że w oczy jako pierwszy rzucił się nam bar z Fish and chips. Ku naszemu zdziwieniu, poza całą gamą rybnych przysmaków, menu proponowało także dosyć osobliwy deser – batoniki Mars smażone w głębokim tłuszczu. Choć wizja ta przepełniła nas równą ilością przerażenia oraz zdziwienia, puściłyśmy ten fakt mimo uszu i jak najszybciej chciałyśmy o nim zapomnieć. Wkrótce okazało się jednak, że przysmak ten nie był wcale wymysłem właścicielki, a ogólnym szkockim fenomenem, który od 1992 roku jest symbolem szkockiej miłości do fast foodów. To nie był jednak koniec naszych odkryć – z dnia na dzień naszym oczom ukazywały się kolejne tłuszczem płynące przysmaki. To już nie tylko ryba z frytkami czy wspomniany deser, ale i smażony kurczak (którego według niektórych wymyślili właśnie Szkoci) lub, mój faworyt, pizza. Tak, Szkotom zdarza się wrzucić do rozgrzanego tłuszczu oblane ciastem kawałki pizzy, które później sprzedaje się (najczęściej w zestawie z frytkami) jako pizza crunch.
Nie muszę jednak chyba nikomu przypominać, że nie na tym kończy się (ani nawet nie zaczyna) tradycyjna szkocka kuchnia. Szkoci mają sporo własnych dań, które bywają dużo zdrowsze – Haggis, Scotch Pie, Cullen Skink i wiele, wiele innych. Jadłospisy tamtejszych mieszkańców są bardzo różnorodne i trudno stwierdzić, która z jego odsłon jest bardziej prawdziwa. Szkocja, która historycznie zawsze była najbardziej robotniczym krajem królestwa, naturalnie stawiała na szybkie, gotowe dania. Popularne Chip shops zawsze cieszyły się więc sporym zainteresowaniem, nawet jeśli nie stanowiły nigdy kulturowego dziedzictwa, którym Szkoci tak się przecież szczycą. Jest to poniekąd konflikt między czasochłonną tradycją a niezbyt zdrową wygodą.
Miasto sekretnych przejść
Poruszając się po uliczkach Edynburga, wzrok obserwatora oswojonego z otwartą siatką ulic zapewne przykuje zjawisko zgoła dla niego niecodzienne. Na każdym kroku miejskiego pejzażu powraca jedno słowo: „close”.
Najlepsze określenie na tę osobliwą formę urbanistyczną to po prostu „zaułek”, natomiast powód, dla którego w Edynburgu jest ich tak wiele, ma źródła historyczne. Klęska króla Jakuba IV w 1513 roku w bitwie pod Flodden wywołała w mieszkańcach potrzebę wzmocnienia fortyfikacji. Wokół miasta wzniesiono mur obronny, zwany murem Flodden. Choć zapewniał poczucie bezpieczeństwa, pogłębił problem ograniczonej przestrzeni. Jednocześnie teren położony poza jego obrębem z łatwych do zrozumienia przyczyn uchodził za mniej pożądany. W takich warunkach Edynburg rozwijał się jako miasto zwarte, ciasne i pełne wąskich przejść odchodzących od głównych ulic. Liczba przybyłych stale rosła, a budynki – znane jako tenementy, czyli kamienice czynszowe – zaczęto rozbudowywać wzwyż.

Dziedzictwem tego okresu są właśnie zaułki, opatrzone nazwami wyróżniającymi poszczególne części miasta, zachęcające spacerowicza do zatrzymania myśli nad historią danej przecznicy. Nazwy odwołują się do nazwisk, rzemiosł, lokalnych funkcji, jak choćby Anchor Close, Fleshmarket Close, Advocate’s Close czy The World’s End Close. Podczas naszych przechadzek po Royal Mile jedna z tych sekretnych uliczek wydała się szczególnie przyciągająca.
Mary King’s Close, a dokładniej The Real Mary King’s Close, to przejście do ukrytej części miasta, naznaczonej mroczną przeszłością, a zarazem pamięcią o niezwykle zaradnej kobiecie. Zaułek ten zawdzięcza swoją nazwę Mary King – wdowie po Thomasie Nimo, która dzięki odziedziczonemu tytułowi burgess mogła legalnie handlować i posiadać nieruchomość. Mary zasiadła również w radzie Edynburga i uzyskała prawa wyborcze na blisko trzy stulecia przed tym, jak podobne prawa przyznano kobietom w Szkocji ogółem. Jednak oprócz pamięci o przedsiębiorczej patronce zaułek podtrzymuje również wspomnienie o najciemniejszych rozdziałach w historii miasta.
W XVII wieku nastąpiła potworna kumulacja złych warunków sanitarnych w gęsto zaludnionej przestrzeni. Pośród ścieków, odpadów, rozkładu i gryzoni grasujących w nieczystościach, najstraszniejsza choroba zakaźna Europy znalazła idealne warunki do rozwoju. Edynburg pogrążył się w gwałtownej nawałnicy plagi. Przez lata powszechnie przekazywano podanie, według którego władze zamurowały w Mary King’s Close osoby chore na dżumę. Kilka miesięcy później robotnicy rady miejskiej mieli przebić się przez ściany zapieczętowanych grobowców, aby następnie rozczłonkować i zutylizować ciała uwięzionych. Co prawda z dzisiejszej perspektywy historycznej opowieść ta wydaje się raczej pogłoską, która miała podsycić grozę miejsca, ale właśnie za sprawą takiego wizerunku Mary King’s Close znajduje się dziś na tak wielu listach najbardziej nawiedzonych lokalizacji. Jak zazwyczaj w takich przypadkach z tym edynburskim przejściem powiązana jest legenda o lalce należącej do ducha dziewczynki. Dlatego podczas zwiedzania można natknąć się na swoisty ołtarzyk zabawek i pluszowych maskotek, który – choć w kontekście tego miejsca może wydawać się nieco groteskowy – gromadzi gesty życzliwości od turystów z całego świata.

Utalentowany pan Brodie
Jeśli o Edynburgu można powiedzieć coś z całą pewnością, to że stanowi niebywałe lęgowisko inspiracji dla twórczego umysłu. Cmentarze, mroczne życiorysy, miejskie afery, zbrodnie, legendy zdają się tu wyrastać niemal z każdego kamienia. Z takim stwierdzeniem przypuszczalnie zgodziłby się Robert Louis Stevenson, którego właśnie lokalne wydarzenia zainspirowały do stworzenia jednej z najsłynniejszych opowieści o rozdwojeniu ludzkiej natury – Doktora Jekylla i pana Hyde’a. Chodzi o głośną sprawę ebenisty pochodzącego z szanowanej rodziny, człowieka, który potrafił nie tylko wykonać piękną szafkę, lecz także stworzyć precyzyjny plan napadu niczym w Ocean’s Eleven. Autor książki Scotland Greatest Mysteries w ten sposób opisuje Williama Brodiego:
Pod wieloma względami jego życie dzieliło się na dwa bieguny, kontrastujące ze sobą jak noc i dzień: z jednej strony schludny, uporządkowany i z pozoru ujmujący człowiek, który poruszał po słonecznym mieście serdecznych powitań, relacji towarzyskich, interesów i interesantów; z drugiej – przeciwstawny nocny świat migoczących latarni, ciemnych zaułków, pijackich schadzek, podejrzanych motywacji, przemocy i szemranych kontaktów.
Choć początkowo była to tajemnica znana tylko jemu samemu […] wkrótce [miała] przejąć kontrolę nad jego życiem. Uświadomił sobie w czasie swojej legalnej pracy przy składaniu szaf, drzwi do domów i wejść biurowych, że nawet jeśli nie montował ich osobiście, miał wyłączny dostęp do kluczy niektórych klientów […]. I podczas gdy dojrzewał w nim ten wniosek, pojawiła się podwójna okazja. Rada miejska postanowiła, przy poparciu jego głosu, usunąć stare brukowane nawierzchnie High Street i obniżyć ogólny poziom gruntu, co wiązało się z koniecznością wymiany drzwi (często wraz z nowymi zamkami), a wszystko to działo się niemal dosłownie tuż przy ulicy Brodiego. Tyle kluczy! Tyle okazji, by dostać się do cudzych domostw i lokali! To było ponad tak łatwo oddającego się pokusom człowieka.
Co więcej, Brodie nosił tytuł deacona, który w osiemnastowiecznym Edynburgu oznaczał zwierzchnika cechu lub wpływowego przedstawiciela rzemiosła, odznaczającego się znaczną pozycją społeczną. Tym większe oburzenie wywołały więc jego występki. Nie zmienia to jednak faktu, że przestępcze biografie od dawna cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, a do legendy Brodiego można dziś zbliżyć się choćby odwiedzając Deacon Brodie’s Tavern.

Tańce, hulanki, swawole, czyli znaczenie Céilidh
Ostatniego wieczoru naszego pobytu w Edynburgu wybrałyśmy się do klimatycznego baru w sercu miasta, w którym każdej nocy gra muzyka na żywo. Dzięki poleceniu życzliwego mieszkańca odkryłyśmy Stramash [przypis]. To wspaniałe miejsce, wspierające lokalnych muzyków i zespoły, a także przyjazne odwiedzającym. Zupełnie za darmo mogłyśmy doświadczyć tradycyjnych tańców i unikalnej muzyki. Dużym i miłym zaskoczeniem był fakt, że wydarzenie zgromadziło mnóstwo młodych osób, dumnych z narodowych zwyczajów i, co znaczące, także i strojów. Ludzie byli bardzo spontaniczni i otwarci, a samo wydarzenie zapamiętamy na długo. Około 21 pojawił się folkowy zespół, który przygrywał potańcówce i przewodził jej aż do późnych godzin nocnych. Główny muzyk tłumaczył każdy taniec, krok po kroku, i choć trudno było niekiedy nadążyć za rytmem lub obrócić się bez wpadania na siebie w tłumie, to śmiałyśmy się i bawiłyśmy znakomicie.

Fot. Maria Bielecka
Céilidh (czytane kejli) to tradycyjny gaelicki taniec znany głównie na terenach Szkocji i Irlandii. Pierwotnie oznaczało każde spotkanie towarzyskie, obecnie jednak stawia się na aspekt taneczny. Potańcówki te były organizowane w piątkowe i sobotnie wieczory przed wprowadzeniem dyskotek i klubów nocnych. Ułatwiały poznawanie się, wzmacniały więzi mieszkańców i służyły jako wyśmienita rozrywka. To wciąż ważna dla lokalnej społeczności forma spędzania czasu wolnego, praktykowana głównie na terenach wiejskich, ale jak widać i w tętniącej życiem stolicy.
Poszczególne tańce różnią się tempem czy złożonością, a także liczbą osób biorących w nich udział, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Naprawdę warto spróbować, będąc na Wyspach, bo jest to wyjątkowe przeżycie. Czuć szczere zamiłowanie mieszkańców do tradycji i żywej, radosnej zabawy, w której każdy jest mile widziany [przypis].
Z miłości do czworonogów
Oprócz przyjaznego usposobienia, bajecznych wzgórz, darmowych muzeów(!), deszczowej pogody i klimatycznych zaułków, Szkocja jest też znana z zamiłowania do zwierząt, a zwłaszcza psów. Spacerując ulicami i parkami zarówno w Edynburgu, jak i Glasgow, dostrzegłyśmy, jak wiele osób przechadza się z futrzastymi pupilami. Zakłada się, że około 25% dorosłej populacji Szkocji to właściciele psich podopiecznych [dane]. Co urzekło nas też w stolicy, to znamienna obecność pomnika Bobby’ego – psa, który zyskał narodowe uznanie dzięki wierności swojemu właścicielowi.

Fot. © wnieznane.pl
Według lokalnych podań Greyfriars, Bobby należał do Johna Greya, nocnego stróża w policji miejskiej Edynburga. Po śmierci swojego właściciela Bobby przebywał przy jego grobie przez 14 lat, co dało początek jego sławie. W 1867 roku pies otrzymał licencję i specjalną obrożę od sir Williama Chambersa, lorda provosta Edynburga, jako uhonorowanie lojalności wobec swojego pana. Nierozłączny ze swoim właścicielem w życiu i po śmierci, Bobby został pochowany przy bramie wejściowej Greyfriars Kirkyard, nieopodal Johna Greya.
Ciekawym punktem na mapie Szkocji jest Zamek Edynburski, a na jego terenie… cmentarz dla psów. Od roku 1840 chowa się tam psy żołnierzy i zasłużone czworonogi. Ponad 20 psów spoczywa w tym niezwykłym miejscu. Najstarsza widoczna inskrypcja (niektóre bowiem uległy zniszczeniu ze względu na niekorzystne warunki pogodowe) datowana jest na rok 1881 i jest dedykowana Jessowi, ulubieńcowi Black Watch, natomiast najnowszy nagrobek z 1980 roku jest miejscem spoczynku Winkle – „drogiego i wiernego przyjaciela Lady Gow i gubernatora”. Inne zasłużone czworonogi, uhonorowane miejscem na tym cmentarzu, to m.in: Yum Yum, Tim czy Dobbler, które podróżowały z Argyll and Sutherland Highlanders aż do Chin czy RPA [odnośnik]. Wstęp na samo miejsce pochówku jest obecnie zabroniony, jednak można obserwować je z góry, będąc na Zamku.
Okazuje się więc, że Szkocja skrywa w sobie więcej niż może się wydawać. Czasem największe zaskoczenia odnajdujemy w miejscach, których najmniej się spodziewamy – na wprost przystanku, na którym wyrzucił nas autobus lub na drodze do lokum po długim dniu zwiedzania. Znajdziecie zapewne wiele artykułów o edynburskich zamkach czy galeriach w Glasgow, ale bywa też tak, że prawda o lokalnej kulturze mieści się na uliczkach, które przemierzycie na drodze z jednej atrakcji do drugiej. Miejcie oczy szeroko otwarte!
Fot. nagłówka: Unsplash
O autorze
Studentka Kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Miłośniczka literatury, sztuki, sportów (tych oglądanych na ekranie), długich wycieczek i historii. Aspirująca pisarka, która po prostu nie potrafi usiedzieć w miejscu (ani wybrać jednego zajęcia).
Po zmierzeniu się ze studiami z twórczego pisania UWr, na mojej drodze stanął nowy przeciwnik – dziennikarstwo. Oddaję się głównie publicystyce audiowizualnej i popkulturowej. Bardzo lubię filmy. Poważnie. Bardzo.
Studiuję twórcze pisanie i edytorstwo na UWrze; interesuję się literaturą wszelkich gatunków - od fantastyki po kryminały. Sama też tworzę, dążąc do ziszczenia marzenia o wydaniu własnych książek. Nigdy nie odmówię możliwości wzięcia udziału w grze planszowej, wyjścia ze znajomymi, obejrzeniu meczu siatkówki czy skosztowaniu pysznych wypieków. Z przyjemnością poznaję tajniki wegetariańskiej kuchni, ogrodnictwa i języków obcych. ;))


