Przejdź do treści

Rakietką do wielkości? O filmie „Wielki Marty”

Wielki Marty Josha Safdiego i Ronalda Brondsteina to film totalny – z animuszem, zadziornością, gwiazdorską obsadą i nieskazitelnym soundtrackiem. Absurdalny wręcz talent w obliczu perypetii życiowych stanowi wybuchową mieszankę, której nie sposób nie ulec.

W tekście mogą znajdować się spojlery.

Dream Big

W tytułową rolę wcielił się Timothée Chalamet, ukochana postać Hollywoodu, która na swój prime time musiała czekać przez wiele lat, mimo znacznych sukcesów artystycznych i komercyjnych (Tamte dni, tamte noce, Diuna). Do roli Marty’ego Mausera aktor przygotowywał się ponoć siedem lat, wożąc za sobą stoły pingpongowe na plany zdjęciowe produkcji, w których brał udział od 2018 roku. Sama postać sportowca opiera się na amerykańskim tenisiście Marty’m Reismanie, który w latach 50. spopularyzował dyscyplinę w USA i zasłynął z barwnej osobowości oraz wyglądu, a przede wszystkim swoich ponadprzeciętnych umiejętności (był wielokrotnym medalistą mistrzostw świata).

Choć niezwykła historia Reismana stała się przyczynkiem do stworzenia filmu, scenarzyści przyznają, że droga protagonisty do sukcesu w Wielkim Martym była w wielu aspektach zmyślona. Tytułowy bohater prowadzi podwójne życie: jest gwiazdą tenisa stołowego z Manhattanu i chytrym młodzieniaszkiem, chcącym wyrwać się z pracy w sklepie obuwniczym. Przed nim niebywale trudne zadanie – wygrać londyński turniej tuż przed mistrzostwami świata w Japonii i ugruntować pozycję lidera. Film rozpoczyna się sekwencją zwycięstw, lecz w finale bohater zderza się ze ścianą i przegrywa w pojedynku z Koto Endo, grającym rakietką z gąbczastą powłoką.

Dramat Marty’ego Mausera wcale jednak nie rozpoczyna się w stolicy Wielkiej Brytanii i od problemu „nowoczesnej” technologii Japończyka. Produkcja od początku zdaje się zmierzać do nieuchronnej katastrofy, gdyż sukces pingpongisty okupiony jest gigantycznymi stratami w ludziach, sercach i pieniądzach. To film o desperacji, o jaką trudno, jeśli nie jest się młodym, głupim i naiwnie wierzącym we własne marzenia. Nie bez powodu jednym z haseł marketingowych podczas promocji Marty Supreme jest Dream big, które uplasowało się choćby na Sphere, kulistej arenie koncertowej, znajdującej się niedaleko Las Vegas.

American dream Timothée Chalameta

Rozboje Marty’ego w ciągu tygodni chaotycznych poszukiwań finansowania podróży do Japonii oraz środków na spłacenie kary nałożonej przez Międzynarodową Federację Tenisa Stołowego stanowią główną oś filmu. Przygotowania, kłótnie i ucieczki z udziałem przyjaciół i krewnych bohatera dopełniają dramatyczny obraz tego, jak bezkompromisowy wydaje się tenisista w obliczu swojego celu. Czy można ufać Marty’emu Mauserowi? Zdecydowanie nie, szczególnie jeśli chodzi o stół, paletkę i piłeczkę. Sceny z udziałem bohatera, który odbija się z mieszkania do mieszkania w poszukiwaniu wsparcia do realizacji marzenia jak ze snu, ogląda się jak narkomana błagającego o kolejne działki.

Timothée Chalamet nie znika z radaru widza przez dwie i pół godziny filmu, a jednak jego postać nie nuży ani przez jedną sekwencję. Warto wyróżnić także stosunkowo świeżą twarz na ekranach, tj. Odessę A’Zion (jako przyjaciółkę Marty’ego z dzieciństwa), z prawdopodobnie najciekawszą kreacją obok protagonisty. Błyszczał również Tyler Okonma (znany pod pseudonimem Tyler, The Creator), wcielający się w taksówkarza z zamiłowaniem do ping-ponga. Obsadę uzupełnia Gwyneth Paltrow – z rolą nieco przykurzonej, ale wciąż pięknej gwiazdy kina i teatru, której drogi krzyżują się z młodym Martym w samym środku pingpongowej burzy. Tak osobliwe połączenia charakterów wydają się całkiem nie współgrać, a jednak na tle nowojorskiego miszmaszu społeczno-kulturalnego mają sens.

Obsada filmu Wielki Marty. Fot.: Jordan Strauss/AP

Jak zostać królem (tenisa stołowego)

To nie jest film dla wszystkich – jest pociągająco intensywny i chaotyczny, z potężną wizją francusko-amerykańskiego aktora na czele. Przede wszystkim jednak, tempo zdaje się być osobnym bohaterem, który wystawia w Wielkim Martym własny spektakl, pełen zwrotów akcji i zabawy napięciem, czego kulminacją niejednokrotnie jest mecz tenisowy. Ping-ponga oglądało się w tej produkcji wspaniale. Wirtuozeria zaangażowanych graczy była niepodważalna, a co ważniejsze, reżyseria owych sekwencji uniosła ciężar szybkości rozgrywki. Całości dopełniał czarny humor sytuacyjny i absurd (patrz: scena w lesie z gniazdem pszczół lub napisy na początku filmu), wywołujące raz ciarki żenady, raz salwę śmiechu. Osobna owacja na stojąco należy się również soundtrackowi z selekcją utworów z lat 80., któremu udało się połączyć dynamiczny scenariusz z nieco ospałym Nowym Jorkiem, kipiącym energią jedynie w najsłynniejszych zaułkach.

Na taki film czekałam długo. Film, który wykorzystałby intensywność Nieoszlifowanych Diamentów (również Josha Safdiego) z rywalizacją i obsesyjnym dążeniem do celu, choćby Czarnego Łabędzia czy świeższego Challengers. Główny bohater jest zepsuty, nieznośny i może przez to właśnie tak groźny w noszeniu ciężaru własnych decyzji. Wielki Marty nie jest wielki w skali całej kinematografii, ale z powodzeniem wpisze się w najważniejsze produkcje studia A24 oraz ostatnich lat. Absolute cinema!

Fot. nagłówka: LA Times/materiały prasowe A24