Przejdź do treści

Proza z Gazetą Kongresy: „Ostatni list Judasza”

Konkurs „Proza z Gazetą Kongresy” oficjalnie można uznać za zakończony! Wybór zwycięskich tekstów okazał się trudniejszy niż sądziliśmy, dlatego po dyskusjach wyłoniliśmy cztery teksty, które najbardziej zwróciły uwagę redaktorów z działu Kultury.

Jury wybrało prace, które zachwyciły nas swoim stylem, pomysłowością, formą i wysnutą historią. Dziękujemy wszystkim chętnym autorom za ich zgłoszenia i zachęcamy do dalszej pracy twórczej – niezależnie od wyników. Wszystkim wyróżnionym serdecznie gratulujemy i z radością publikujemy ich teksty na łamach naszego portalu. Kolejne zwycięskie fragmenty prozy już wkrótce.

„Ostatni list Judasza” Jana Sobusia to epistolarne opowiadanie zaglądające do głowy jednego z najsłynniejszych zdrajców. Odwracając perspektywę, autor redefiniuje tą, z pozoru tak dobrze znaną, postać i pozwala jej w pełni zabłysnąć.

„Ostatni list Judasza” – Jan  Sobuś

14 Nisan 3790 roku od stworzenia świata

Słyszałem te same obietnice co i wy. Historie o świątyni burzonej i odbudowywanej. Ale stańcie wreszcie w prawdzie i powiedzcie sobie raz na zawsze, wy ukrywający się ze strachu, że człowiek, który nie potrafi zgromadzić armii, nie ma złota ani sił do przepędzenia Rzymian z Judei, nie jest żadnym Mesjaszem. To tylko marzyciel i jego marzenia właśnie dobiegają końca. Ziemia się nie rozstąpi, a umarli nie wstaną z grobów…

Zrozumiałem to już dawno temu. Pamiętam ten dzień pod Betsaidą, kiedy pięć tysięcy ludzi słuchało jego słów. Pięć chlebów, dwie ryby i pięć tysięcy głodnych ust. Jako skarbnik szybko przeliczyłem: dwieście denarów nie wystarczyłoby, żeby każdy dostał choć kęs. A potem on zaczął łamać chleb. Kosz za koszem, jedzenia przybywało. Wy patrzyliście na to z otwartymi ustami, widząc w nim Boga. Ja patrzyłem i widziałem zmarnowaną fortunę. Człowiek, który potrafił z niczego stworzyć chleb, mógł nakarmić tysiące ludzi, rzucić na kolana kupców, trzymać w garści gospodarkę całego imperium. Jego umiejętności dałyby nam majątek. A co on zrobił? Nakazał rozdać wszystko za darmo, a potem uciekł na górę, bo tłum chciał go obwołać królem. Rozdawał motłochowi to, co mogło dać nam potęgę…

Wtedy zrozumiałem, że on nigdy nie da mi zarobić. Że to jego „królestwo” to tylko mrzonki o duchu, przebaczeniu i wierze, a my po tych wszystkich latach wędrówki skończymy jako żebracy. I to nie tylko bez pieniędzy, ale nawet bez sandałów. Nie chciałem tak skończyć. Dość już zainwestowałem w bycie z nim. Opuściłem rodzinę, opuściłem pracę, by pójść za nim. Liczyłem, że będzie królem, że da mi władzę i majątek. Tymczasem co on mi dał? Zupełnie nic. Od tamtego wydarzenia pod Betsaidą zacząłem dbać o siebie. Na początku to było kilka miedziaków. Brałem z trzosu to, co uważałem za należną mi zapłatę za stracony czas. Skoro on odrzucał bogactwo, dlaczego ja miałem cierpieć biedę? Wmawiałem sobie, że to tylko zabezpieczenie na przyszłość, zaległa odprawa z upadającego interesu. Ale z każdym wyciągniętym ukradkiem denarem narastała we mnie pogarda – do niego za naiwność, i do samego siebie za to, że muszę kraść jak pospolity rzezimieszek.

Trzydzieści srebrników było tylko zwieńczeniem tego wszystkiego. To, co dał mi Kajfasz było odszkodowaniem za nieudaną inwestycję, za zmarnowane trzy lata, przez które mogłem zarobić mnóstwo pieniędzy. Kiedy srebrniki brzęknęły w mojej sakiewce, poczułem chwilę triumfu. A jednak to nie była chybiona inwestycja! Czułem, że odzyskałem kontrolę, że wszystko wreszcie zaczyna działać według jasnych, mierzalnych reguł. Niestety, to była tylko iluzja… I to iluzja jeszcze większa niż te jego przypowieści. 

Nasze złudzenie polega na tym, że monety niosą za sobą realną wartość. Tymczasem dotykając tych monet odczuwałem pustkę. Bo czym jest to trzydzieści sztuk? Kupiłbym za to kawałek pola, może kilka owiec, może trochę oliwy i wina. A co dalej? A czymże jest trzysta sztuk? Czym jest trzy tysiące sztuk? Chcemy więcej i więcej. Żaden pieniądz nigdy nie zaspokoi naszych pragnień, bo zawsze można ich mieć więcej niż ma się obecnie. Taka jest natura naszej chciwości – to dziurawy dzban. Podkradałem z trzosu, wziąłem zapłatę od kapłanów, a i tak wciąż byłem głodny. Jesteśmy przeklęci, bo nasze potrzeby są nieskończone, a świat oferuje tylko skończone rzeczy. Nie ma takiej sumy, która przyniosłaby mi spełnienie. Zrozumiałem to, gdy spojrzałem na te srebrniki leżące na posadzce świątyni. Były martwe.

A przecież za to martwe srebro przehandlowałem coś, co naprawdę żyło. Nie wydałem Boga, bo żaden Bóg nie dałby się zabić jak pospolity zbrodniarz. Wydałem człowieka. Mojego przyjaciela. Myślę teraz o chlebie, którym się łamaliśmy przy ognisku w Kafarnaum. O tym, jak milczał, gdy inni spoglądali na mnie z nieufnością. O tym, jak jeszcze tego samego wieczora obmywał mi stopy. Do tej pory czuję na skórze ciepło jego dłoni, które teraz tak brutalnie kontrastuje z przejmującym, trupim chłodem srebrników. On z łagodnością obmywał mój brud, a ja miałem już ręce skalane chciwością i lepką od zdrady monetą. Wtedy myślałem, że jego czystość to słabość. Teraz widzę, jak potworny jest mój własny brud. On był jedynym człowiekiem na tym przeklętym świecie, który patrzył na mnie i widział we mnie kogoś więcej niż tylko chciwego rachmistrza z sakwą u pasa. Gardziłem jego naiwnością, wiedziałem, że te jego słowa nie dadzą mi spełnienia, ale… kochałem to jego spojrzenie. Szanuję tę bezwarunkową czystość, nawet jeśli uważałem ją za obłęd. Zdałem sobie sprawę, że choć nie był Mesjaszem, był jedynym autentycznym dobrem, jakiego w życiu doświadczyłem. A ja, w swoim zimnym wyrachowaniu, posłałem go na rzeź. Wymieniłem jedynego przyjaciela na metal, który nigdy nie zdoła ogrzać moich rąk tak, jak ogrzewał mnie jego dotyk. Oddałem go śmierci, z której – wszyscy to wiemy – nie ma żadnego powrotu.

Zresztą, jacy z was bracia? Mieliście usta pełne wzniosłych słów o miłości bliźniego, o poświęceniu. Ale przypomnijcie sobie tamten ostatni wieczór. Kiedy wyznał, że jeden z nas go wyda, co zrobiliście? Każdy z was trząsł się tylko o własną skórę. „Czy to ja, Panie?” – dopytywaliście po kolei, przerażeni o własne zbawienie, wpatrzeni wyłącznie w swoją własną świętość. Kiedy wstałem, by wyjść w mrok, żaden z was nie chwycił mnie za ramię. Nikt nie spojrzał mi w oczy i nie zapytał: „Judaszu, co zamierzasz? Zostań”. Woleliście pomyśleć, że idę kupić coś na święto albo rozdać jałmużnę, bo tak było wam wygodniej. Pozwoliliście mi stoczyć się w otchłań, byleby tylko móc odetchnąć z ulgą i poczuć się bez skazy. Wasza bierna, egoistyczna świętość napawa mnie takim samym obrzydzeniem jak moje własne zepsucie. Nie powstrzymaliście mnie przed złem, więc nie ważcie się teraz uważać za lepszych.

Mój rachunek został zamknięty, ale nie ma we mnie ulgi. Jest tylko paraliżująca cisza. Kapłani odwrócili ode mnie wzrok z obrzydzeniem, wy umyliście ręce i schowaliście się po kątach. Zostałem zupełnie sam. Ja i moje monety, z którymi nie mam już o czym rozmawiać. Pieniądz okazał się najgorszym z towarzyszy na koniec świata – zimnym, obojętnym, głuchym na mój strach. Kiedyś myślałem, że złoto chroni przed samotnością, bo kupuje posłuch i szacunek. Teraz widzę, że to ono zbudowało mur wokół mojego serca. Cóż mam dalej czynić? Nie mam już żadnej nadziei. Ludzie już zawsze ujrzą we mnie zdrajcę, będą darzyli mnie pogardą, nikt już nie spojrzy na mnie jak na człowieka. Miał rację, mówiąc, że lepiej by dla mnie było, gdybym nigdy się nie narodził. Ale akurat ten błąd można przecież naprawić…

Ten świat to okrutny, bezduszny żart. Jesteśmy skazani na wieczny, bolesny głód i pragnienie. Pożądamy rzeczy, które rozsypują się w dłoniach, gnamy za nasyceniem, które nigdy nie nadchodzi. Przelicytowałem. Straciłem prawdziwego przyjaciela dla obietnicy zysku, która okazała się równie pusta, co ta jego cholerna obietnica o królestwie nie z tego świata.

Skoro nie potrafię odnaleźć tu pełni, skoro natura człowieka to tylko niezaspokojona zachłanność i tchórzostwo w przebraniu cnoty, nie chcę już brać w tym udziału. Nie miałem wpływu na to, że się urodziłem. Nikt nie pytał mnie o zdanie. Nikt nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić, czy chcę. Nikt nie dał mi wiedzy o tym, jak beznadziejny jest świat i jak beznadziejne będzie moje życie. Teraz jednak mogę wycofać się z tego żenującego widowiska. Zamykam księgi. To moje ostateczne rozliczenie z tym światem. Dług jest nie do spłacenia, więc ogłaszam upadłość własnego życia. W nicości nie ma chciwości, nie ma rozdzierającego żalu po utraconym przyjacielu i nie ma oczekiwań, których ten podły świat i tak nie potrafi spełnić. Wierzyłem w logikę i twarde prawo pieniądza, a one doprowadziły mnie nad krawędź przepaści, w której jest tylko mrok. Skoro mam żyć z brzemieniem tej zbrodni, w rzeczywistości, która z zasady odmawia mi spełnienia, wolę zamienić się w proch. Przynajmniej śmierć niczego nie udaje. Zgaśnie we mnie to przeklęte pragnienie.

I przynajmniej, w przeciwieństwie do was, poszedłem do kapłanów i powiedziałem, że zrobiłem źle. A wy co? Siedzicie teraz po jakichś norach, ukryci jak szczury, aby czasem nie przyszli po was, wiedząc, że byliście jego uczniami. Jak zwykle myślicie tylko o sobie i swoim interesie. Tak jak poprzedniego wieczora, kiedy poszedłem to zrobić, nikt z was nie złapał mnie za rękę, żeby mnie powstrzymać, bo zajmowaliście się tylko sobą, tak samo nie interesuje was i to co się dzieje z nim, bo chcecie jedynie ocalić wasze życie. Tacy to z was przyjaciele…

Szukaliście absolutu na niebie, a on przez cały czas czekał pod ziemią. Nicość jest jedynym uczciwym stanem. Nie ma w niej żądzy bogactw, nie ma kłamstwa, nie ma hipokryzji, nie ma kapłanów przeliczających krew na srebro. Nicość jest idealnie równa – nie czyni podziałów na panów i żebraków. Idąc zakończyć ten spektakl, nie idę w potępienie. Idę w jedyną perfekcję, jaką ten świat ma do zaoferowania. Idę stać się nikim. Zostawiam wam ten list i tę noc. Ja idę, na mnie już czas. Sznur, który kupiłem, jest jedyną rzeczą, która naprawdę okazała się warta swojej ceny… 

Judasz syn Szymona, Apostoł

Komentarz jury

Maria Stanisławska: Ostatni list Judasza” to bardzo ciekawa i dość mroczna reinterpretacja postaci biblijnej, która pokazuje ją w bardziej ludzkim świetle. Autor nie przedstawia Judasza po prostu jako zdrajcy, ale jako kogoś rozczarowanego światem i własnymi wyborami. Relacja Judasza z Jezusem jest szczególnie interesująca, ponieważ łączy w sobie sprzeczne emocje – od pogardy po coś na kształt przywiązania. Największe wrażenie robi natomiast narastające poczucie winy bohatera. Końcówka jest bardzo pesymistyczna i mocno podkreśla rozpacz Judasza. Tekst skłania do refleksji nad tym, jak łatwo człowiek potrafi się usprawiedliwiać i gdzie właściwie leży granica między winą a niewinnością. Całość jest spójna, dobrze przemyślana i na wysokim poziomie literackim.

Kamil Lubczyński: Niektórzy mylnie sądzą, że wszystko zostało już napisane – każdy możliwy scenariusz wykorzystany, a słowa ułożone na niezliczone sposoby, które można jedynie powielać. Tekst Jana Sobusia potwierdza jednak, że literatura jest otwarta i zawsze możemy dodać coś od siebie. Biblia jest niezwykle starym tekstem, a nawiązania do niej wciąż pozostają jednym z częstszych elementów pojawiających się w sztuce. Silnie zakorzeniony w kulturze zdrajca przedstawiony z innej perspektywy pokazuje nieskończone możliwości stojące przed pisarzami. „Ostatni list Judasza” przypomina nam, że pewne rzeczy się nie zmieniają. „Jesteśmy przeklęci, bo nasze potrzeby są nieskończone, a świat oferuje tylko skończone rzeczy.” Ten utwór jest dowodem na to, że uważne obserwowanie rzeczywistości połączone z nawiązaniami do tego, co dobrze znane może stać się kluczem do sukcesu.

Pozostałe zwycięskie prace znajdziesz na gazetakongresy.pl.

Fot. nagłówka: Maria Stanisławska i Magdalena Lis/Gazeta Kongresy

O autorze

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Łódzkim. W wolnym czasie pochłania wszystko, co związane z muzyką. Jej ulubione miejsce na świecie - poza rodzinnym miastem, Islandią i halami koncertowymi - to własne łóżko, gdzie ogląda filmy i odpoczywa od szukania guza.

„Zainteresuj się polityką, zanim ona zainteresuje się tobą". Zajmuję się polityką i stale staram się zrozumieć, jak działa jej świat. Dzień bez podcastów jest dla mnie dniem straconym. Jestem studentką twórczego pisania i edytorstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Uważam że, w życiu najważniejsza są pasja i charyzma, które codziennie pchają nas do przodu i pozwalą spełniać marzenia.

studentka dziennikarstwa na UW. Uwielbia czytać literaturę piękną, oglądać thrillery psychologiczne i pisać wszelakie twórcze teksty: artykuły, opowiadania oraz wiersze.

Studentka edytorstwa na Uniwersytecie Opolskim. W wolnym czasie czyta książki. Miłośniczka kotów, badmintona i gier planszowych.

Pochodzący z Ciechanowa student lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Początkujący pisarz – publikuje opowiadania na łamach „Akantu”, „Strzępów" i innych czasopism literackich. Interesuje się szeroko pojętą kulturą, w szczególności literaturą i muzyką, bez których nie wyobraża sobie życia. Często zagłębia się w tematy spoza głównego nurtu.

Studentka Kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Miłośniczka literatury, sztuki, sportów (tych oglądanych na ekranie), długich wycieczek i historii. Aspirująca pisarka, która po prostu nie potrafi usiedzieć w miejscu (ani wybrać jednego zajęcia).

Absolwentka twórczego pisania i edytorstwa na Wydziale Filologicznym UWr. Studentka publikowania cyfrowego i sieciowego na Wydziale Komunikacji Społecznej i Mediów UWr. Uwielbia sztukę filmową, literaturę oraz długie spacery.