Przejdź do treści

Polska 2050 już się skończyła

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kłoska spotkały się w drugiej turze wyborów na przewodniczącego partii Polska 2050. Do wyborów doszło, więcej głosów zdobyła druga z pań, jednak pojawiły się rażące nieprawidłowości. W głosowaniu wzięło bowiem udział znacznie więcej osób niż wskazywałaby na to liczba uprawnionych. Agonia ugrupowania trwa i trwa, wybory miał być ostatnią, tak czy siak, desperacką deską ratunku – okazały się ostateczną kompromitacją.

Podział ról na polskiej scenie politycznej

Nawet wyznawcy z najbardziej ortodoksyjnego kościoła optymizmu nie wierzą w happy end Polski 2050. Partia wkradła się do mainstreamu dzięki pewnej próżni na scenie politycznej. Każdy aktor ma swoją rolę – Prawo i Sprawiedliwość wraz z Koalicją Obywatelską to oczywiście dominatorzy. Mają swoje kryzysy, co jakiś czas ktoś wieszczy ich zmierzch, ale koniec końców wychodzą z tego obronną ręką. Napędzają się nawzajem za pomocą nienawiści do siebie. Jest miejsce na Lewicę, postać całkiem ambitną, dość wyszczekaną, ale od Rywina skazaną na drugi plan. PSL po prostu jest. I jego rolą jest dalsze egzystowanie.

Polska 2050 wiele lat grała rolę tego trzeciego ugrupowania mającego odmienić polską scenę polityczną, mówiącego dużo o nowoczesności, populistycznego beneficjenta polaryzacji PiS-PO. Ramy tej trzeciej partii, rozpychającej się między liberałami a konserwatystami są porównywalne do ram funkcjonowania mitycznego feniksa – rodzi się z popiołów, żyje, zachwyca swoją potęgą, jest piękny, a potem z powrotem zamienia się w proch. Każdy widzi na jakim etapie znajduje się obecnie Polska 2050.

Polska 2050 – co poszło nie tak?

Dzisiaj powinniśmy przestać marnować czas na pytanie „co musi się stać, by Polskę 2050 naprawić?” i zapytać się „co mogła zrobić Polska 2050, by pożyć sobie dalej?”. Raczej niezbyt wiele. Gdy zakładasz centrową partię, złożoną ze zlepków polityków Platformy Obywatelskiej, Lewicy i pewnie jeszcze jakiś innych opcji, wchodzisz na ścieżkę, która kończy rozwidleniem. Po jednej stronie jest opcja „idę z Koalicją Obywatelską” – na jej końcu zostaje się wchłoniętym przez liberałów. Po drugiej stronie jest opcja „idę sam”, która na późniejszych etapach drogi otwiera jeszcze możliwość zaprzyjaźnienia się z Prawem i Sprawiedliwością.

Fot. Piotr Molęcki I Kancelaria Sejmu

Zarówno dalszy samodzielny marsz, jak i wejście w komitywę z PiS-em prowadzą do rozpadu partii. Przyjaźń z partią Jarosława Kaczyńskiego oburzyłby ogromną część członków, która opuściłaby ugrupowania, pewnie przeszłaby pod skrzydła Donalda Tuska albo założyła jakieś koło poselskie o którym wszyscy zapomnielibyśmy po góra kwartale. Z kolei uparte kroczenie samemu w obecnej sytuacji politycznej wygenerowałoby społeczną frustracje. Dla Koalicji Obywatelskiej ci co chcą być sami to w zasadzie cisi koalicjanci Prawa i Sprawiedliwości.

Zresztą, wyobraźcie sobie, co by było jakby Polska 2050 po wyborach w 2023 roku stwierdziła, że nie wejdzie w koalicję rządową z Platformą Obywatelską. Gdyby Koalicja 15 Października nie powstała, odpowiedzialność spadłaby na partię Szymona Hołowni. A głównym celem wszystkich istnień politycznych poza PiS-em i Konfederacją było przecież odsunięcie partii Kaczyńskiego od władzy. Tą narrację wzięli sobie głęboko do serc także wyborcy partii opozycyjnych.

Krótkotrwały wzrost, szybki spadek

Po solidnych wyborach w 2023 roku partia Szymona Hołowni nabrała wiatru w żagle dzięki swojemu liderowi. Jako marszałek sejmu często żartował, otworzył drzwi na dziennikarzy, jego riposty, sposób prowadzenia obrad był internetowym viralem i raczej spotykał się z pozytywnym odzewem. Z czasem jednak suweren zaczął się nudzić, a nuda jest zapalnikiem frustracji. Z nią marszałek Hołownia nie był sobie w stanie poradzić. Był bezradny na dużej części debat prezydenckich, w jego wypowiedziach pojawiało się za dużo emocjonalnego języka, a za mało researchu. Stał się trochę bezczelny wobec dziennikarzy. Zabawny, sympatyczny showman zmienił się w zgorzkniałego, przemęczonego dygnitarza, który w dodatku plątał się w narracji dotyczącej swojej przyszłości.

Upadek Hołowni wieszczący zgon partii

W ramy „trzeciej partii” wejdzie Konfederacja albo Konfederacja Korony Polskiej. Polacy skręcają w prawo. Hołownia mógł obronić swoją pozycję, ale nie potrafił. Nie był już nowością, ciekawostką, czy bezstronną siłą politycznej układanki, bo przecież wszedł w układ z Platformą Obywatelską. Nazywanie się kandydatem niezależnym na urząd prezydenta RP będąc przewodniczącym partii zasiadającej w rządzie stanowiło akt druzgocącej zbrodni na logice – oczywiście, odbiło się to w sondażach, bo ludzie nie lubią, jak ktoś robi ich w balona. A przedstawianie sprawy w taki sposób tym właśnie jest.

Na szczęście tudzież nieszczęście partii, na przestrzeni tych dwóch lat w rządzie pojawiły się osoby, które miały swoje przebłyski. Ryszard Petru dał się zapamiętać z pracy w supermarkecie podczas wigilii chcąc udowodnić, że to nic takiego. Wywołał kontrowersje, przypomniał o swoim istnieniu. Aktywna w mediach była Katarzyna Pelczyńska-Nałęcz, choć to ona musiała jako pierwsza tłumaczyć się z afery KPO. Widoczny w mediach zrobił się Paweł Śliż, Sławomir Ćwik zdobył niemałą popularność na zaczepianiu, aktywnej krytyce Sławomira Mentzena.

Fot. Piotr Molęcki I Kancelaria Sejmu

Są to jakieś postacie. Nie wybitni politycy, stratedzy, ale ludzie kojarzeni przez opinię publiczną, zaznaczający swoją obecność na scenie politycznej, budujący swoją tożsamość i wizerunek. Wybory na przewodniczącego Polski 2050 odbyły się w momencie, gdy partia już od jakiegoś czasu znajdowała się w sondażach pod progiem wyborczym. Gdyby przebiegły normalnie, dałoby się coś jeszcze poprawić, by chociaż wrócić na powierzchnie. Wiązałoby się to z ogromnym wysiłkiem, było blisko granicy z cudem, ale polska polityka nie takie historie przecież widziała. Do sprawy nie udało się podejść na poważnie. Wybory stały się pośmiewiskiem. Desperackie próby Szymona Hołowni mającego na celu pogodzić obie panie, zaproponować im dwóm stanowisko współprzewodniczących to już ostatnie podrygi. Wszyscy śmieją się z Polski 2050. PiS, Konfederacja, Brauniści, Razem, KO, PSL, nawet sama Polska 2050. To nie jest najlepszy akompaniament do odradzania się.

Polska 2050 i jej koniec

Trzeba więc powoli wchodzić na strony internetowe innych partii, drukować deklaracje członkowskie, wziąć w rękę długopis i wypełniać. Polska 2050 zapierała się i buntowała przed typowym losem trzeciej partii, reprezentantów centrystów zmęczonych PO-PiSowską wojenką poszukujących normalności, ale wciąż trochę podkochujących się w tej toksycznej ex, którą ugrupowanie Tuska uosabia.

Wchodząc do rządu z imponującym wynikiem już porzuciła część ze swoich pierwotnych ideałów, gdyż wybrała stronę konfliktu politycznego – tu już nie było buntu przeciwko pisanej jej przyszłości, a obecnej rzeczywistości będącej wypadkową autonomicznych, w pełni świadomych strategicznych decyzji partii. Polska 2050 zaczęła się buntować przeciwko samej sobie.

Polska 2050 umarła. Oczywiście, narracja wewnątrzpartyjna jest taka, że jeszcze żyje. Czy jest jednak sens tak przekłamywać rzeczywistość? Jesteśmy na pogrzebie. Nieboszczyk leży w trumnie, zakopanej dobrych parę metrów pod progiem wyborczym, nie oddycha, atmosfera wokół niego jest raczej zimna.

Nie róbmy jaj z pogrzebu. Nie ma sensu dokonywać resuscytacji na politycznym trupie. Wszyscy na tym pogrzebie i tak czekają już na tego dewolaja i przejście przez te wszystkie etapy żałoby, by potem złożyć – jak zawsze – śluby wierności Koalicji Obywatelskiej. Tak to z tymi trzecimi siłami na polskiej scenie politycznej już jest.

Fot. nagłówka: Filip Dobrosielski

O autorze

Piszę o polityce, sporcie, sprawach społecznych, kebabach, młodych ludziach i Polsce moich marzeń. Próbuję być publicystą. Lubię historię, od czasu do czasu coś pogotuję. Moje kibicowskie serce jest podzielone między Lecha Poznań a Liverpool FC. Torunianin z urodzenia, Poznaniak z wyboru.