Japonię czeka nowa era w polityce, a to za sprawą pierwszej w historii kraju premierki. Sanae Takaichi, przewodnicząca Partii Liberalno-Demokratycznej (LDP), w październiku ubiegłego roku utworzyła rząd w niełatwych okolicznościach. Teraz wzmocniła swoją pozycję poprzez spektakularny triumf wyborczy, który daje jej możliwość przeprowadzenia szeroko zakrojonych reform.
Cało z opresji
Jeszcze jesienią komentatorzy wymieniali trudności, które zdawały się piętrzyć przed LDP. Ta liberalna partia zdominowała powojenną politykę Japonii – od momentu jej założenia w 1955 roku niemal nieprzerwanie sprawuje rządy samodzielnie bądź w koalicji. Jednak w ostatnich latach LDP mierzy się z wizerunkiem ugrupowania odpowiedzialnego za wysokie koszty życia i obciążonego skandalami korupcyjnymi (przez jeden z nich ustąpił poprzedni premier). Kiedy więc w październiku doszło do rozpadu 26-letniej (!) koalicji liberałów z centrową partią Komeito, pojawiły się poważne obawy, czy LDP uda się utrzymać u władzy.
Takaichi stworzyła mniejszościowy rząd z konserwatywnym ugrupowaniem Ishin i rozpisała nowe wybory – oba posunięcia odebrano jako ryzykowne. Zapraszając do współpracy partię, która jeszcze nigdy nie była u władzy, a także rozwiązując parlament zaledwie kilkanaście miesięcy od ostatnich wyborów, premierka wkraczała na niezbadany teren. Owo ryzyko zdecydowanie się przy tym opłaciło: 8 lutego LDP zdobyła dwie trzecie miejsc w parlamencie, przechodząc prosto od swojego drugiego najgorszego do najlepszego wyniku wyborczego w historii. Komentatorzy zgadzają się, że kluczowym czynnikiem w tej oszałamiającej wygranej była osobista popularność Sanae Takaichi.

Spoza układanki
Takaichi różni się od poprzednich przywódców LDP – na tym polega jej fenomen. Jedną z cech, która może przyciągać wyborców, jest jej wizerunek „normalnej obywatelki”. W kontraście do parlamentarzystów wywodzących się z licznych w tym kraju dynastii politycznych, Takaichi jest córką pracownika firmy samochodowej i policjantki. Musiała wykazać się determinacją, by dotrzeć na szczyt: w okresie studiów podobno spędzała 6 godzin dziennie na dojazdach do uczelni. Dziś również podkreśla, że praca i obowiązki bardzo ją pochłaniają i bagatelizuje „work-life balance”. Z jednej strony wielu ceni to zaangażowanie premierki w jej rolę. Z drugiej, w kraju, gdzie istnieje silna kultura pracoholizmu, a nawet dochodzi do śmierci z przepracowania (karoshi), deklaracje bezwzględnego oddania pracy mogą budzić kontrowersje.
Ale to nie wszystko – Takaichi cieszy się wyjątkową popularnością również dlatego, że chętnie pokazuje swoją „ludzką” stronę. Premierka słucha heavy metalu i gra na perkusji (na jednym filmiku towarzyszy jej nawet prezydent Korei Południowej). Jej przebojowość imponuje młodym wyborcom, którzy masowo oddali na nią głos. Ich poparcie dla polityczki jest również efektem skutecznej autopromocji Takaichi w mediach społecznościowych. Swoją drogą, jej przykład mógłby uświadomić centrowym politykom w innych krajach, że warto prowadzić profile na platformie X czy Instagramie zgodnie z przemyślaną strategią – te portale nie muszą być wyłączną domeną populistów.
Nowa Thatcher
Choć premierka Japonii z powodzeniem stosuje nowoczesny marketing, jej poglądy cechuje raczej konserwatyzm. Takaichi nie bez powodu bywa określana mianem „Żelaznej Damy”: Margaret Thatcher jest dla niej źródłem politycznej inspiracji.
Podobnie jak wcześniej Thatcher w Wielkiej Brytanii, Takaichi przeciera szlaki. Objęcie najważniejszego urzędu w państwie przez Japonkę wielu uznało za rozbicie ważnego szklanego sufitu. Kobiety mają wyjątkowo nieliczną reprezentację polityczną w Kraju Kwitnącej Wiśni. W parlamencie zajmują niespełna 15% miejsc. To odsetek dwa razy niższy w porównaniu do posłanek w polskim Sejmie i najniższy w OECD, grupie 38 państw o wysoko rozwiniętych gospodarkach.
Wiele nie wskazuje jednak na to, żeby Takaichi miała pomóc w politycznym wzmocnieniu Japonek. Choć początkowo deklarowała, że chce reprezentacji kobiet w rządzie „na nordyckim poziomie”, na razie wśród ministrów są tylko dwie kobiety. Premierka wyjaśniała to priorytetyzowaniem „równości szans” – miała kierować się wyłącznie kwalifikacjami przy wyborze. W innych sprawach wyraźniej ujawnia się jej sceptyczne stanowisko wobec zwiększania praw kobiet. Popiera ona choćby kontrowersyjne obowiązujące prawo, które nakazuje małżonkom posiadanie tego samego nazwiska (zazwyczaj męża). Takaichi sprzeciwia się również temu, by Aiko, córka i jedyne dziecko cesarza Naruhito, odziedziczyła tron. 90% Japończyków popiera jednak zmianę zasad sukcesji, aby kobieta mogła zostać głową państwa. Poglądy Takaichi w tych sprawach ponownie można przyrównać do Thatcher, która, pomimo bycia pierwszą premierką, odcinała się od feminizmu.
Konserwatyzm przywódczyni LDP być może najsilniej ujawnia się w jej spojrzeniu na przeszłość. Takaichi odwiedzała świątynię Yasukuni – miejsce kultu poległych żołnierzy japońskich, w tym z okresu drugiej wojny światowej. Takie wizyty zawsze wywołują oburzenie wśród lewicy, a także w Chinach i Korei, gdzie postrzega się je jako przejaw pochwały dla nacjonalistycznego okresu w dziejach Japonii. Takaichi jest przy tym członkinią organizacji Nippon Kaigi znanej z rewizjonizmu historycznego. Ów rewizjonizm stanowi ciemną stronę Japonii: podczas gdy w Niemczech potępienie Trzeciej Rzeszy jest powszechne wśród wszystkich partii, przywódcy w Tokio niejednokrotnie pomniejszali wagę japońskich zbrodni.
Pacyfistyczna armia

Dla świata szczególnie istotna jest jedna informacja: Sanae Takaichi kładzie duży nacisk na bezpieczeństwo. Japonia pod jej kierownictwem ma osiągnąć cel 2% PKB na zbrojenia do marca, zamiast pierwotnie figurującego w planach 2027 roku.
Choć to może brzmieć całkiem zwyczajnie, w Japonii takie decyzje budzą więcej emocji. Wynika to z faktu, iż zgodnie ze słynnym artykułem 9 tamtejszej konstytucji, Japonia na zawsze wyrzeka się wojny i ma nigdy nie posiadać sił zbrojnych. To dziedzictwo okresu powojennej okupacji amerykańskiej, która miała zapewnić, że Tokio nie powróci do agresywnej polityki. W rzeczywistości kraj posiada dziś zawodowe Oddziały Samoobrony, które liczą 250 tysięcy żołnierzy i funkcjonują na wzór regularnej armii. Pacyfistyczny zapis w ustawie zasadniczej coraz słabiej odzwierciedla zatem realny stan rzeczy. Przeciwnicy artykułu 9 wskazują, że Japonia ma prawo do zbudowania wojska z prawdziwego zdarzenia – szczególnie ze względu na rosnące zagrożenie ze strony Chin, Rosji czy Korei Północnej.
Od lat nasilają się głosy rewizji artykułu 9, w tym ze strony czołowych polityków LDP: wieloletniego premiera Shinzo Abe oraz, obecnie, Sanae Takaichi. Zmiana nie będzie jednak łatwa. Do nowelizacji konstytucji niezbędna jest większość dwóch trzecich w obu izbach parlamentu i zatwierdzenie zmian w referendum przez naród. Szczególnie ten ostatni wymóg może być trudny do osiągnięcia. Wiele środowisk w Japonii, w tym socjaliści, nauczyciele i liczne grupy religijne, sprzeciwia się planom przeformułowania zapisu.
Zwolennicy reformy już poczynili jednak pewne postępy. Oficjalna reinterpretacja artykułu 9, która ukazała się za rządów Abe, stanowi, że gdyby doszło do „sytuacji kryzysu egzystencjalnego”, japońskie siły zbrojne mogłyby zostać zaangażowane do obrony. Takaichi – zdeterminowana, by powstrzymywać ambicje Pekinu – powołała się na już na to prawo. W listopadzie premierka stwierdziła, że gdyby doszło do inwazji Chin na Tajwan, mogłaby ona stanowić „sytuację kryzysu egzystencjalnego”. Sugestia, że Japonia udzieliłaby zbrojnej pomocy Tajwanowi, wywołała pogorszenie stosunków z krajem Xi Jinpinga. W swojej reakcji Chiny nie ograniczyły się do dyplomatycznego protestu. Ograniczono już eksport metali ziem rzadkich, których potrzebuje japoński przemysł technologiczny. Mimo to Takaichi nie cofnęła swoich słów i zgodnie z wszelkimi oczekiwaniami będzie dalej prowadzić twardy kurs wobec Chin.
Wyzwania przed Japonią

Rywalizacja geopolityczna nie jest rzecz jasna jedyną trudnością, z którą mierzy się dzisiaj Kraj Wschodzącego Słońca. Na liście problemów wysoką pozycję zajmuje gospodarka. Od ponad trzydziestu lat Japonia znajduje się w stagnacji, która dziwi o tyle, że jeszcze w latach 80. wróżono jej prześcignięcie Stanów Zjednoczonych. Czas niskiego wzrostu PKB i narastania długu nazwano „straconymi dekadami”. By pobudzić gospodarkę, Takaichi chce kontynuacji „abenomiki” (strategii nazwanej od nazwiska Abe). Przygotowuje ona wielomiliardowy pakiet stymulacji gospodarki, który oprócz inwestycji w wojsko obejmie między innymi technologie przyszłości (sztuczną inteligencję czy półprzewodniki).
Choć w Europie sytuacja demograficzna zdecydowanie nie wygląda różowo, to Stary Kontynent nie jest jedyny. Japońskie społeczeństwo uchodzi za najstarsze na świecie, z oczekiwaną długością życia wynoszącą 85 lat. Grupa wiekowa powyżej 80 roku życia liczy już 10% Japończyków, a niemal jedna trzecia jest w wieku emerytalnym. To rodzi wyzwania dla systemu emerytalnego, których nie da się już dłużej ignorować. Poprzedni premier Fumio Kishida stwierdził, że „Japonia stoi przed dylematem, czy będzie w stanie nadal funkcjonować jako społeczeństwo”.
Imigracja jest odpowiedzią na bolączki demograficzne, ale Japonia dotychczas prowadzi politykę niechętną wobec migrantów. Tylko 3% populacji urodziło się zagranicą. To niewiele większy odsetek niż w przypadku Polski i kilkukrotnie mniejszy w porównaniu z państwami zachodnioeuropejskimi. Argumenty są podobne jak w Europie – to lęk przed utratą własnej tożsamości, w przypadku Japonii unikatowej, gdyż ukształtowanej przez setki lat izolacji. Strach przed obcymi napędza wzrost skrajnej prawicy, w szczególności piątej co do liczebności w parlamencie partii Sanseito.
Jednak w Tokio nawet niektórzy sceptycy widzą potencjał imigracji do napędzania wzrostu gospodarczego. Choć konserwatyzm Takaichi nie czyni z niej sojuszniczki migrantów, w jej retoryce pobrzmiewa pragmatyzm. W pierwszym parlamentarnym przemówieniu jako premierka podkreśliła, że mierząca się z niedoborem wykwalifikowanej siły roboczej Japonia potrzebuje zagranicznych pracowników. Być może to stanowisko ukształtuje bardziej otwartą politykę imigracyjną. Jeśli w istocie tak się stanie, będzie to kolejna kwestia, w której europejscy przywódcy mogą brać przykład z Sanae Takaichi.
Fot. nagłówka: Openverse
O autorze
Jestem licealistą ze Szczecina. Pasjonuję się polityką krajową i międzynarodową, historią (szczególnie XX wieku), geografią polityczną i pokrewnymi dziedzinami. Lubię też gry planszowe oraz muzykę rockową.

