Bliski Wschód znów jest w ogniu. Atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran oraz działania odwetowe reżimu ajatollahów spowodowały kryzys, którego skutki sięgają daleko poza region zmagań. Również Europejczycy mogą odczuć konsekwencje konfliktu – i to nie tylko na stacji benzynowej.
Od wstrzemięźliwości po sprzeciw
Pierwsze komentarze europejskich polityków wobec sytuacji w Iranie były w większości stonowane. Powszechnie apelowano o deeskalację napięć, potępiając szczególnie irańskie uderzenia na bliskowschodnich sojuszników Ameryki. Niekiedy reakcje cechował nawet pewien optymizm, wiążący możliwy upadek reżimu z szansą na trwałe ustabilizowanie Iranu. „W Iranie pilnie potrzebna jest wiarygodna transformacja”, napisała Ursula von der Leyen 1 marca. Szefowa dyplomacji unijnej Kaja Kallas stwierdziła z kolei: „Teraz istnieje otwarta droga ku innemu Iranowi, w którym jego mieszkańcy będą mogli swobodniej kształtować swoje społeczeństwo”.
Wkrótce dało się jednak zauważyć zupełnie inne emocje towarzyszące przywódcom Starego Kontynentu. Niepokój – bo trudno stwierdzić, jak długo wojna potrwa i jak dotkliwie wstrząśnie światowymi rynkami. Frustrację – wszak Stany Zjednoczone ataku z żadnym z europejskich sojuszników nie konsultowały. Dlatego Europejczycy coraz bardziej otwarcie wyrażają brak poparcia dla amerykańskich działań w Iranie.
Postawa kanclerza Niemiec Friedricha Merza ukazuje taką ewolucję stosunku przywódców do wojny. Na spotkaniu z Donaldem Trumpem w Białym Domu Merz podkreślał wspólnotę interesów z USA, zapewniając, że zgadza się co do konieczności obalenia reżimu. Na późniejszych konferencjach prasowych w Europie zauważał jednak w ostrzejszym tonie, że na horyzoncie nie ma planu zakończenia konfliktu. Wojna rodzi jego zdaniem „poważne pytania” o bezpieczeństwo, ma ogromny wpływ na koszty energii, może też wywołać masową migrację. Wreszcie Niemcy otwarcie odrzuciły prośby Trumpa o zaangażowanie się w rejonie cieśniny Ormuz. Rzecznik Merza był bezpośredni: „to nie jest wojna NATO”.
Przykład Merza jest godny uwagi dlatego, że dotychczas dał się on poznać jako polityk, któremu zależy na szukaniu nici porozumienia z amerykańską administracją. To pokazała też wspomniana wizyta w Białym Domu, podczas której kanclerz przed kamerami nie zaprzeczał słowom Trumpa. Nacisk na własną – a zarazem europejską – perspektywę miał wywierać dopiero w zakulisowych rozmowach. Wydaje się jednak, że w kwestii Iranu cierpliwość Niemiec się wyczerpała.

Nie dla wojny
Niektórzy politycy europejscy przejawiają bardziej konsekwentny stosunek wobec konfliktu. Wyróżnia się szczególnie postawa socjaldemokratycznego premiera Hiszpanii Pedro Sancheza. Sanchez w pierwszych dniach ataku oświadczył: „nie dla wojny” – i stanowczo potępił łamanie prawa międzynarodowego przez Stany Zjednoczone. Nie ustąpił nawet wobec groźby Trumpa, że ten zerwie wszelki handel z Hiszpanią. Wyrażając najgłośniejszy jak dotąd sprzeciw wobec konfliktu wśród zachodnich polityków, Sanchez wyciągnął lekcje z niedawnej przeszłości. Zaangażowanie kraju w wojnę w Iraku w 2003 roku było bardzo niepopularne; to wtedy hasło no a la guerra pojawiło się na hiszpańskich ulicach. Dziś premier Hiszpanii liczy, że przełoży się ono na kapitał polityczny w wyborach parlamentarnych za ponad rok.
To, że nie wszyscy przywódcy mogą sobie pozwolić na równie kategoryczne wypowiedzi, jak te Sancheza, nikogo nie dziwi. Brak konsensusu w Europie wobec konfliktu wynika między innymi z różnic w bliskości stosunków krajów Unii z USA. Ostatnio dało się odczuć, że w Waszyngtonie jedne państwa widziane są jako bliżsi sojusznicy. Podczas gdy Polska (Radosław Sikorski i Karol Nawrocki) oraz Niemcy potwierdziły, że zostały poinformowane przez USA o planowanej inwazji, Francja stwierdziła, że nie miała żadnej wcześniejszej wiedzy o ataku.
Przywódcy europejscy zgadzają się co do jednego: nie zamierzają interweniować w Iranie. Tak bierna postawa wobec amerykańskich wezwań o wsparcie może nie dziwić z dzisiejszej perspektywy, jest jednak historycznym ewenementem. Reakcja jest zupełnie inna niż 35 lat temu, kiedy większość Europy zaangażowała się w koalicyjne działania przeciwko Saddamowi Husajnowi. W Afganistanie i Iraku kolejni prezydenci USA również mogli liczyć na europejski współudział. Ta wojna, być może ze względu na brak jasno wytyczonych celów operacji, jest traktowana inaczej.
Cena konfliktu
Wpływu, jaki sytuacja na Bliskim Wschodzie wywiera na gospodarki Europy, nie sposób jednak zignorować. Iran spowodował, że transport surowców przez cieśninę Ormuz – szlakiem, którym w normalnych okolicznościach przepływa 20% światowej ropy – praktycznie zamarł. To oczywiście pociąga za sobą znaczny wzrost cen ropy naftowej i gazu ziemnego, a w dalszym rzucie innych towarów.
Zachód podjął oczywiście działania, by ograniczyć straty gospodarcze. 32 kraje członkowskie Międzynarodowej Agencji Energetycznej, w tym Polska, wypuściły na rynek 400 milionów baryłek ropy ze swoich rezerw. Eksperci uważają jednak, że kluczowe dla złagodzenia kryzysu będzie odblokowanie cieśniny – co może być znacznie trudniejszym zadaniem.
Jak kryzys cen paliw może wpłynąć na Europę w dalszej perspektywie? Historia dostarcza pewnych wskazówek. Ropa jest wprawdzie obecnie najdroższa od lat, ale skokowy wzrost jej ceny w wyniku konfliktu nie jest bezprecedensowy. Już w 1973 roku świat zachodni doświadczył „szoku naftowego”, z długofalowymi konsekwencjami politycznymi i gospodarczymi. Wówczas punktem zapalnym była bliskowschodnia wojna Jom Kippur, która skłoniła państwa arabskie do podwyżki cen ropy o 300%, z 3 do 12 dolarów za baryłkę (dziś to ponad 90). W rezultacie zakończył się okres niemal nieprzerwanego wzrostu gospodarczego w Europie Zachodniej od lat 40., wzrosły natomiast bezrobocie i inflacja.
Dla polityków równie istotne jest, że wyborcy prawdopodobnie obarczą rządzących winą za wzrost cen – niezależnie od tego, że Europa nie miała udziału w ataku na Iran. To może oznaczać niestabilność polityczną w ważnym dla wielu przywódców czasie. Niemiecka koalicja rządząca stoi przed serią wyborów w krajach związkowych, które zapewne potwierdzą siłę AfD. Również w Polsce na horyzoncie wybory parlamentarne, w których drogie paliwo może się okazać kulą u nogi ekipy Donalda Tuska.

Teheran a Moskwa
Wojna w Iranie ma jeszcze jeden wątek: rosyjski. Konflikt może przynieść Rosji zarówno korzyści, jak i straty – a od tego, jaki końcowo będzie bilans, zależy bezpieczeństwo naszego regionu.
Upadek przyjaznego Kremlowi reżimu ajatollahów jest dla Moskwy wizją niepokojącą. Republika islamska to ważny sojusznik, dostarczający armii rosyjskiej dronów Shahed do atakowania ukraińskich miast czy elektrowni. Z drugiej strony, wyższa cena węglowodorów oznacza poważne zyski gospodarcze dla Kremla. Co więcej, trudna sytuacja na światowych rynkach energii skłoniła Stany Zjednoczone do częściowego uchylenia sankcji na rosyjską ropę i gaz. Te surowce, które w tym momencie są transportowane na światowych oceanach, mogą zatem zostać sprzedane.
To posunięcie wywołało nietrudny do przewidzenia sprzeciw Ukrainy i państw europejskich. Perspektywa mniejszych sankcji na machinę wojenną Kremla jest tym boleśniejsza, że ukraińska armia od miesięcy stara się ograniczyć zdolność Rosji do eksportu jej ropy i gazu. Ukraina wykonała ponad 200 ataków na rosyjskie rafinerie i platformy wiertnicze od początku wojny. Co więcej, ta strategia przyniosła już pierwsze efekty. Pod koniec ubiegłego roku Rosja zakazała swoim przedsiębiorstwom eksportu surowców, obawiając się, że nie starczy ich na zaspokojenie krajowych potrzeb. Ułatwienie Rosji sprzedaży węglowodorów w tak krytycznym momencie jest dla Kijowa wyraźnym problemem.
Na dłuższą metę zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Iranie grozi też zmniejszeniem ich gotowości do obrony państw członkowskich NATO przed zakusami Rosji. Zużycie zasobów przez Amerykanów jest ogromne – już teraz USA wystrzeliły przeciwko Iranowi więcej rakiet Patriot, niż otrzymała Ukraina od początku konfliktu z Rosją. Unia Europejska ostrzegała, że Moskwa może poważyć się na kolejną agresję do 2030 roku – czy wojna na Bliskim Wschodzie zakończy się do tego czasu?
To szczególnie nurtujące pytanie, na które na razie nie sposób przekonująco odpowiedzieć. Poprzednie zmagania w regionie nie dają jednak powodów do optymizmu. W Iraku w 2003 roku obalenie Husajna zajęło zaledwie 28 dni, lecz w związku z krwawą wojną domową kraju nie udało się ustabilizować na lata. Pozostaje wierzyć, że scenariusz w Iranie będzie odmienny: na to najbardziej liczy dziś Europa.
Fot. nagłówka: Pixabay
O autorze
Jestem licealistą ze Szczecina. Pasjonuję się polityką krajową i międzynarodową, historią (szczególnie XX wieku), geografią polityczną i pokrewnymi dziedzinami. Lubię też gry planszowe oraz muzykę rockową.

