Przejdź do treści

Epstein v. Trump, czyli polityczna burza, która nie cichnie

W momencie, w którym Partia Republikańska powinna była świętować koniec najdłuższego w historii USA shutdownu rządu federalnego, polityczny krajobraz w Waszyngtonie zmienił się gwałtownie i niespodziewanie. Demokraci – do tej pory krytykowani za wewnętrzne podziały i ustępstwa wobec prezydenta Donalda Trumpa – wyciągnęli asa z rękawa. W środę ujawniono nową partię e-maili należących do skazanego przestępcy seksualnego Jeffreya Epsteina. Wśród nich znalazły się wiadomości dotyczące samego Trumpa.

W rytmie wiadomości politycznych przypominającym zaplanowaną sekwencję uderzeń, Demokraci natychmiast przesunęli uwagę opinii publicznej z własnych problemów na republikański Biały Dom. I choć ujawnione materiały same w sobie nie dowodzą nielegalnych działań Trumpa, otwierają szereg pytań, które politycznie mogą okazać się dużo trudniejsze niż wcześniejsze potyczki wokół budżetu.

Kluczowe pytanie brzmi dziś: czy prezydent zdoła uwolnić się od cienia, jaki na jego drugą kadencję rzuca sprawa Epsteina?

Kontrolowana eksplozja politycznego ładunku

Jeszcze chwilę przed ujawnieniem nowych e-maili, atmosfera wokół Partii Demokratycznej była napięta. Pomimo sukcesów w wyborach lokalnych oraz zdobycia kilku stanowych i miejskich urzędów, końcówkę shutdownu odczytywano jako ich porażkę. Ośmiu senatorów Demokratów zagłosowało wraz z Republikanami za zakończeniem blokady budżetowej – bez osiągnięcia ustępstw w sprawie wygasających subsydiów Obamacare.

Oburzenie wewnątrz partii rosło. Właśnie w tym klimacie demokraci odpalili „kartę Trumpa”. Wnikliwi obserwatorzy natychmiast zaczęli zastanawiać się, czy to działanie było planowane.

Wszystko wskazuje na to, że tak. Ilość materiałów, ich kaliber polityczny, a także moment publikacji sugerują, że Demokraci od dawna mieli przygotowaną strategię działania: jeśli będzie potrzeba odwrócenia narracji w niekorzystnym dla nich momencie – sięgamy po Epstein stash.

Co naprawdę mówią o Donaldzie Trumpie e-maile Epsteina?

Najbardziej rezonującym fragmentem pakietu ujawnionego w środę jest e-mail z 2011 roku, w którym Epstein, pisząc do swojej wieloletniej partnerki i współoskarżonej Ghislaine Maxwell, stwierdza: Pies, który nie zaszczekał, to Trump. To nawiązanie do znanego cytatu z Sherlocka Holmesa – o ważnej obserwacji wynikającej z faktu, że coś nie miało miejsca.

W tym samym wątku Epstein dodaje, że pewna kobieta – później zidentyfikowana przez Biały Dom jako Virginia Giuffre – „spędziła  z nim godziny w moim domu”.

Choć Demokraci, publikując e-maile, nie ujawnili jej nazwiska, argumentując to ochroną prywatności ofiary, przedstawiciele Białego Domu sami wskazali na Giuffre, być może licząc, że fakt, iż kobieta ta zeznała gdzie indziej, że Trump „nigdy nie zachowywał się wobec niej niewłaściwie”, osłabi siłę oskarżeń.

Jednak problem dla Trumpa wydaje się głębszy. Z ujawnionych e-maili wynika, że Giuffre pracowała wcześniej dla Trumpa w Mar-a-Lago oraz Epstein twierdził, że Trump był na niego „zły”, bo ten „zabrał mu pracownicę”. W innym e-mailu, skierowanym do pisarza Michaela Wolffa w 2019 roku, Epstein pisał: Oczywiście wiedział o dziewczynach, bo poprosił Ghislaine, żeby przestała.

Te elementy układają się w obraz, który tworzy polityczne ryzyko dla Trumpa – niezależnie od tego, czy jego działania wówczas były niewłaściwe, czy, jak sugerują niektóre wypowiedzi Giuffre, zupełnie neutralne. W tej sprawie równie istotne jak fakty są bowiem pytania bez odpowiedzi.

Jedno z nich wydaje się szczególnie kluczowe: czy Donald Trump był kiedykolwiek przesłuchiwany przez FBI w sprawie Epsteina?

To pytanie pozostaje otwarte.

20 tysięcy stron w Republikańskim kontrataku

Po publikacji materiałów przez Demokratów, Republikanie przeprowadzili własną ofensywę – spektakularną w formie i objętości. W odpowiedzi udostępnili 20 tysięcy stron dokumentów powiązanych z Epsteinem, najwyraźniej licząc na zasypanie przestrzeni medialnej taką ilością danych, że analizowanie ich stanie się zbyt czasochłonne, a także na przekierowanie uwagi mediów na inne nazwiska pojawiające się w dokumentach.

Jednak czasy się zmieniły. W epoce analityki danych „zasypanie informacją” przestało działać – jak zauważają specjaliści, taka porcja danych to dziś dla wyspecjalizowanych narzędzi kwestia minut. Dziennikarze mogą szybko przejść od selekcji do dociekań.

A wśród nazwisk znajdują się m.in. Larry Summers — były sekretarz skarbu USA – oraz wysoki prawnik Goldman Sachs. To sprawia, że publikacja dokumentów przez Demokratów była ryzykowna również dla nich — udostępnienie plików mogło uderzyć w osoby związane z administracjami Clintona i Obamy. To sugeruje, że Demokraci czekali na moment, w którym polityczne ryzyko jest warte wywołania burzy.

Odwrócenie narracji, czyli jak shutdown pomógł w ujawnieniu e-maili

Ironią losu jest fakt, że szybkie zakończenie shutdownu — na którym politycznie skorzystał Trump – umożliwiło uruchomienie mechanizmu, który teraz może stać się dla niego problematyczny.

Kiedy Izba Reprezentantów wznowiła posiedzenia, została zaprzysiężona nowa kongresmenka z Arizony, Adelita Grijalva. Jej obecność dała Demokratom 218. głos niezbędny do wymuszenia debaty nad ujawnieniem pełnych akt Epsteina.

Fot. Heute.at
Fot. Heute.at

Discharge petition — narzędzie pozwalające przeforsować głosowanie wbrew woli kierownictwa Izby – musiało mieć poparcie również części Republikanów. I faktycznie wśród podpisanych znaleźli się m.in.: Lauren Boebert, Nancy Mace, Marjorie Taylor Greene czy Thomas Massie.

To politycy znani z buntowniczej natury nawet wobec własnej partii. Wielu z nich zdobyło popularność jako „outsiderzy” w establishmentowej polityce. Dla części z nich sprawa Epsteina dotyka tematu, który od dawna jest kluczowy dla konserwatywnej bazy: ochrony dzieci i nieufności wobec elit.

Właśnie dlatego możliwe jest, że do Demokratów dołączą kolejni Republikanie, dla których transparentność w tej sprawie jest ważniejsza niż lojalność wobec prezydenta.

Czy pełne upublicznienie akt Epsteina jest realne?

Tu jednak pojawia się chłodna rzeczywistość procesu legislacyjnego.

Nawet jeśli Izba przegłosuje ujawnienie dokumentów, to i tak ustawa trafi do Senatu, gdzie do przyjęcia potrzeba 60 głosów. Obecne rozkłady polityczne sugerują, że to niemal niemożliwe.

Dlatego wielu obserwatorów widzi w tych działaniach raczej manewry polityczne związane z wyborami 2026 roku. Część Republikanów, zwłaszcza tych z okręgów zagrożonych utratą miejsca, może chcieć pokazać wyborcom, że nie stoi po stronie „ukrywania prawdy”.

Trump – polityczna nieśmiertelność czy pierwszy realny cios?

Donald Trump jeszcze w czasie kampanii wyborczej deklarował chęć „odtajnienia akt Epsteina”. Możliwe, że uważał, iż uda mu się przejąć kontrolę nad procesem i neutralizować ryzyka. Istnieje jednak inna możliwość: Trump, przekonany o swojej politycznej nietykalności, nie przewidywał, jak bardzo ta sprawa może wymknąć się spod kontroli.

Co istotne, jego twardy elektorat najprawdopodobniej nie odwróci się od niego szybko. Widzimy wśród konserwatywnych wyborców tendencję do traktowania sprawy jako jednego z wielu ataków politycznych, a nie realnego zagrożenia. W oczach wielu z nich brakuje alternatywy dla Trumpa – to sprawia, że są skłonni akceptować informacje, których wcześniej mogliby nie tolerować.

Jednocześnie nie można wykluczyć scenariusza, w którym pojawią się kolejne materiały, a kolejne pytania będą trudniejsze do zignorowania.

Tym bardziej że — jak powiedział jeden z analityków – ta sprawa stanie się nieodłączną częścią dziedzictwa Trumpa. Niezależnie od przyszłych wydarzeń, „cień Epsteina” już zawsze będzie się nad nim unosił.

Ciąg dalszy nastąpi

W najbliższym tygodniu Izba będzie musiała publicznie zagłosować nad wnioskiem o ujawnienie pełnej dokumentacji. To dopiero początek, a nie koniec tej historii.

Jedno jest pewne: sprawa Epsteina, z całym jej ciężarem moralnym, politycznym i społecznym, stała się jednym z najbardziej wybuchowych tematów we współczesnej amerykańskiej polityce. I niezależnie od tego, jak zagłosują poszczególni politycy, opinia publiczna będzie pamiętać, kto stanął po której stronie.

Fot. nagłówka: Wikimedia Commons

O autorze

Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.