Przejdź do treści

COP30. Czemu służą konferencje klimatyczne

a picture of the earth in a ring of fire

W brazylijskim mieście Belém trwa COP30, tegoroczna odsłona najważniejszego wydarzenia klimatycznego na świecie. Agenda obejmie nowe zobowiązania w obliczu pogarszającego się kryzysu globalnego ocieplenia. Tylko czy COP ma szansę coś zmienić?

Od Sztokholmu po Paryż

Zanim przyjrzymy się COP30, warto nakreślić kontekst historyczny. Wszak konferencje klimatyczne działają nie od dzisiaj. Już w 1972 roku doszło do wydarzenia o tematyce ochrony środowiska pod auspicjami ONZ w Sztokholmie. Choć początki nie były łatwe (spotkanie z powodu niedopuszczenia do niego NRD zbojkotował blok wschodni), współpraca na rzecz klimatu stopniowo uległa instytucjonalizacji. 20 lat później w Rio de Janeiro powołano UNFCCC – Ramową konwencję Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu. Być może w celu ułatwienia nazewnictwa, coroczne sesje tej instytucji określono mianem COP – Konferencji Stron. Ich celem jest monitorowanie światowych postępów w walce z globalnym ociepleniem.

Jako najważniejsze działanie w tej walce od dawna jawi się zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych. Zgodnie z ideą „wspólnej, ale zróżnicowanej odpowiedzialności”, ten obowiązek miał spocząć przede wszystkim na państwach rozwiniętych. Dlatego Protokół z Kioto, przyjęty na COP3, nałożył jedynie na nie obowiązek zmniejszenia emisji – o 5% do 2008 roku względem bazowego 1990 roku. Dyskusja nad dokumentem nadała ton współczesnej debacie dotyczącej walki ze zmianami klimatycznymi. Cel protokołu został osiągnięty, jednak w tym samym okresie państwa rozwijające się drastycznie zwiększyły własny ślad węglowy. To dało początek argumentom, że kraje uprzemysłowione „szkodziły własnym gospodarkom” na próżno, skoro pogarszające klimat działania w reszcie świata były dalej na porządku dziennym.

Jedynym, co ten traktat ochładza, jest gospodarka Ameryki”. Ta ilustracja, sponsorowana przez lobbystów przeciwnych zmniejszaniu emisji, ukazała się w The New York Times w 1997 roku. | Źrodło: Climateinvestigations.org

Mimo takiej retoryki, kilka lat temu ambicje społeczności międzynarodowej wzrosły. Protokół w 2016 roku zastąpiło porozumienie paryskie, którego głównym celem jest utrzymanie wzrostu globalnych temperatur „znacząco poniżej 2 stopni Celsjusza” od początku epoki przemysłowej. Według twórców dokumentu już wzrost o 1,5°C byłby niepożądany. W przeciwieństwie do Protokołu z Kioto, porozumienie paryskie nakłada obowiązki na wszystkich sygnatariuszy – zarówno zamożne, jak i najmniej rozwinięte państwa. Jego najważniejszym elementem są krajowe zobowiązania do redukcji emisji (NDC), wysyłane co pięć lat sekretariatowi UNFCCC. NDC mają być kompleksowe: oprócz gazów cieplarnianych dotyczą również między innymi dbania o morskie ekosystemy, ponownego zalesiania czy wspierania rdzennej ludności przy okazji działań klimatycznych. Przeczytać można o sprawiedliwej transformacji, równości płci i gospodarce o obiegu zamkniętym.

Choć w Paryżu walka ze zmianami klimatu niewątpliwie poszła o krok dalej niż w Kioto, nie brakuje krytyki porozumienia. Trudno uznać NDC za skuteczny mechanizm: państwa same ustalają, jak (i czy w ogóle) zamierzają zmniejszyć emisje. Dokument nie przewiduje żadnych konsekwencji wobec krajów, które łamią swoje zobowiązania. Słabość paryskiego systemu ilustruje postawa Stanów Zjednoczonych, które ratyfikowały porozumienie, po czym wycofały się z niego – dwukrotnie, za sprawą Donalda Trumpa.

COP w Brazylii

Trudności w walce ze zmianami klimatu najlepiej można zobrazować w odniesieniu do konkretnych państw. Brazylia, tegoroczny gospodarz COP, świetnie nadaje się jako przykład.

Ze względu na swoje rozległe lasy tropikalne, Brazylia to kraj o największej bioróżnorodności na świecie. Jej bogactwu przyrodniczemu zagraża jednak postępująca od dekad deforestacja, niezmiennie będąca przedmiotem międzynarodowej krytyki. W przeciągu ostatnich 30 lat Brazylia straciła ponad 15% swojej powierzchni lasów – to więcej niż trzy razy odpowiednik obszaru Polski. W większości na uzyskanych po wycince drzew terenach hoduje się bydło, co dodatkowo zwiększa negatywne efekty dla środowiska. Wylesianie osiągnęło szczyt za poprzedniego prezydenta, skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro (skazanego niedawno na 27 lat więzienia za próbę zamachu stanu). Pojawiły się wówczas szacunki, że przy dalszej wycince w tym samym tempie za 20 lub 30 lat mogłoby dojść do punktu krytycznego. Puszczy Amazońskiej groziłaby w takim scenariuszu nieodwracalna transformacja w wysuszone tereny sawanny.

Puszcza Amazońska w pobliżu Manaus widziana z lotu ptaka. | Fot. Openverse

Dziś katastrofalne wizje są jednak odleglejsze; obecna głowa państwa stara się przeciwdziałać dalszej deforestacji. Luiz Inácio Lula da Silva (zwany po prostu Lula) zapowiada tegoroczną konferencję jako „COP prawdy” i namawia do rzeczywistych inwestycji w ochronę klimatu zamiast pustych deklaracji. Od początku swojego urzędowania w 2023 roku, Lula zmniejszył tempo brazylijskiego wylesiania Amazonii o połowę.

Dla 80-letniego prezydenta Brazylii organizacja COP ma być pokazem sprawczości państwa i poprawić jego reputację zagranicą. Dlatego Brazylia symbolicznie przeniosła swoją stolicę do Belém, gdzie odbywa się COP, na czas trwania konferencji. Belém to miasto na skraju dżungli, nazywane „bramą do Amazonii” – co idealnie wpasowuje się w koncepcję Luli, kładącą nacisk na ratowanie lasów tropikalnych. Flagową inicjatywą tegorocznego COP jest fundusz, który ma przeznaczać 4 miliardy dolarów rocznie na powstrzymywanie wylesiania na świecie.

Wydarzenie ma przy tym też swoje ciemne strony. Ma w nim wziąć udział 50 tysięcy ludzi, co wiąże się ze sporym wyzwaniem logistycznym i wydatkami na infrastrukturę. Ta z kolei może zagrozić tropikalnym lasom. Według doniesień BBC, w celu ułatwienia dojazdu do Belém Brazylia wybudowała czteropasmową autostradę, która przecina objęte ochroną tereny Puszczy Amazońskiej. Oczywiście gospodarze uspokajają nas; lokalni politycy określili ją mianem „zrównoważonej autostrady”.

Zielona ropa

Kontrowersje wokół organizacji COP nie są odizolowanym przypadkiem, a w ostatnich latach stanowią wręcz normę. Sama selekcja gospodarzy poddawana była ostrej krytyce. COP 28 miała miejsce w Dubaju, mieście zawdzięczającym swój rozwój paliwom kopalnym. Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) wykorzystały swoją prezydencję do zakontraktowania nowych umów na sprzedaż ropy i gazu, zyskując jednocześnie na „zazielenieniu” wizerunku. Zjawisko greenwashingu zaobserwowano także w zeszłym roku, gdy konferencja odbyła się w Baku. Organizacji COP29 nie przeszkodziło ani ogromne wydobycie ropy (którą prezydent kraju nazwał „darem od Boga”), ani łamanie praw człowieka przez Azerbejdżan w wojnie przeciwko Armenii.

Co więcej, cała „Trójka” państw-organizatorów trzech ostatnich konferencji – ZEA, Azerbejdżan, Brazylia – ma wielkie firmy surowcowe, które nierzadko były sponsorami wydarzeń. To prowadziło do oczywistych konfliktów interesów. Na przykład Mukhtar Babayew, przewodniczący COP29, przez dziewięć lat był prezesem SOCAR, państwowej spółki paliwowej w Azerbejdżanie. Rok wcześniej miała miejsce niemal bliźniacza sytuacja: organizator COP28, Sultan Al Jaber, jest dyrektorem generalnym ADNOC, jednej z największych firm naftowych świata. Gdyby tego było mało, w konferencjach w charakterze gości biorą udział zatrudniani przez gigantów paliw kopalnych lobbyści. W Dubaju ich liczba osiągnęła prawie 2,5 tysiąca.

Wbrew pozorom takie okoliczności nie oznaczały, że konferencje nie przyniosły postępu w walce z globalnym ociepleniem. Na COP28 zadeklarowano na przykład ambicje potrojenia energii ze źródeł odnawialnych czy znacznego obniżenia emisji metanu do 2030 roku. Rezolucja uchwalona na konferencji głosiła potrzebę sprawiedliwego, uporządkowanego i równego odejścia od paliw kopalnych w systemach energetycznych”. ZEA najwyraźniej albo zgodziły się z tym przekazem, albo nie były w stanie go zablokować. Z kolei rok temu uzgodniono, że świat będzie wydawać 1,3 biliona dolarów co roku na cele klimatyczne w państwach rozwijających się. Finansowanie ma pochodzić w większości od prywatnych inwestorów – najbogatsze kraje zobowiązały się do przeznaczania mniejszej kwoty 300 miliardów dolarów z własnych budżetów. Choć oznaczałoby to trzykrotny wzrost nakładów, państwa Globalnego Południa skrytykowały tę obietnicę jako dalece niewystarczającą.

Taki mamy klimat

Eksperci są zgodni co do tego, że obecne wysiłki są w wielu aspektach zbyt małe, by przeciwdziałać globalnemu ociepleniu. Według Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), publiczne i prywatne środki na paliwa kopalne są wciąż wyższe w skali globalnej niż „zielone” fundusze. Mowa tu o pieniądzach na łagodzenie i adaptację do zmian klimatycznych. Za tymi pojęciami kryją się między innymi inwestycje w energię odnawialną, systemy oszczędzające energię, zrównoważony transport czy wały przeciwpowodziowe.

Obok tej luki finansowej problemem są niesłabnące w większości świata emisje i to mimo porozumienia paryskiego. Według zgłoszonych przez państwa NDC, przewidywane emisje w 2035 roku będą co prawda o 17 procent niższe niż w 2019 roku. Jednocześnie, aby osiągnąć cel ograniczenia globalnego ocieplenia do 1.5°C, emisje musiałyby zmniejszyć się aż o 60 procent w porównaniu do 2019 roku.

Emisje dwutlenku węgla musiałyby być o wiele niższe niż przewidują obecne trendy, by zatrzymać globalne ocieplenie na poziomie 2 (zielona krzywa) bądź 1,5C (niebieska krzywa). | Fot. IPCC

Tymczasem zmiany klimatyczne nabierają tempa. Przewiduje się, że rok 2025 będzie drugim lub trzecim najgorętszym w historii (pierwszą lokatę zajmuje 2024 rok). IPCC szacuje, że od 3,3 do 3,6 miliardów ludzi żyje w warunkach w wysokim stopniu narażonych na zmiany klimatyczne. Ponadto połowa ludności świata obecnie doświadcza poważnych braków wody przez co najmniej część roku, a większa częstotliwość ekstremalnych wydarzeń pogodowych już spowodowała brak bezpieczeństwa żywnościowego milionów ludzi.

Fotowoltaika i farmy wiatrowe wytwarzają tańszą energię niż gaz czy węgiel. | Fot. Our World in Data

Są jednak pewne powody do ostrożnego optymizmu. Wiele opcji łagodzenia zmian klimatycznych – OZE, miejska „zielona infrastruktura” czy zmniejszanie marnotrawstwa żywności – charakteryzuje wysoka opłacalność. Szczególnie zastąpienie energii z węgla i ropy przez wiatr, wodę i słońce wydaje się kwestią czasu. Przyspieszenie zmagań ze zmianami klimatycznymi nawet tu wymaga jednak ogromnej mobilizacji – świata polityki, biznesu, ale i przeciętnych obywateli, choćby w prostowaniu nieprawdziwych informacji. Choć może brzmieć to patetycznie, każdy może dołożyć własny wkład do tego przedsięwzięcia. Jak napisał Ernest Hemingway:

Świat jest dobrym miejscem, o które warto walczyć.

Fot. nagłówka: Unsplash.com

Zobacz też:

O autorze

Jestem licealistą ze Szczecina. Pasjonuję się polityką krajową i międzynarodową, historią (szczególnie XX wieku), geografią polityczną i pokrewnymi dziedzinami. Lubię też gry planszowe oraz muzykę rockową.