Blisko 200 prac, 150 artystek i artystów oraz 500 lat historii. Cel? Uporać się z mitem nieobecności kobiet w sztuce. Założenie słuszne i potrzebne. Jednak jak zostało ono zaprezentowane odbiorcy na wystawie „Kwestia kobieca 1550-2025” w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej?
Zainaugurowana 21 listopada 2025 roku „Kwestia kobieca 1550–2025” to druga tak duża ekspozycja w historii nowego gmachu warszawskiego MSN-u. Po „Wystawie niestałej. 4 x Kolekcja”, która stanowiła przekrojowy pokaz zbiorów muzeum, przyszedł czas na konkretniejszy projekt. Nie byle jaki, bo poruszający wciąż aktualną kwestię feminizmu na polu sztuki. Do podjęcia tematu została zaproszona amerykańska kuratorka Allison M. Gingeras, która za cel wystawy obrała obalenie mitu nieobecności artystek w sztuce oraz prezentację zróżnicowanej twórczości kobiet.
Jak tego dokonać? Zgodnie z tym, co możemy przeczytać na stronie muzeum, Gingeras zdecydowała się na użycie:
(…) siły tkwiącej w nowym podejściu do historii sztuki – takim, które domaga się sprawiedliwości, oddania głosu „niewidzialnym” i prowadzi do rewizji tak zwanego kanonu.
Same założenia brzmią szlachetnie, jednak pozostaje pytanie, jak zostały przekazane odbiorcom? Przyjrzyjmy się zatem temu, co czeka odwiedzających wystawę „Kwestia kobieca 1550–2025”.
Oczekiwania
Skala przedsięwzięcia na papierze brzmi imponująco – zebrano 200 prac artystek i artystów stworzonych na przestrzeni ostatnich pięciu stuleci. Biorąc pod uwagę gabaryt nowego gmachu MSN-u, można odnieść wrażenie, że to wydarzenie sporego kalibru. Postawienie akcentu na przemilczane momenty historii sztuki kobiecej dodatkowo wzmaga przeświadczenie, że ujrzymy ten wątek w pełnej krasie. Zaprezentowany doniośle jako zbiór wydarzeń ikonicznych, tudzież znaczących dla pozycji kobiet w artystycznym świecie. Osadzenie tematu wystawy w ramach historycznych, chcąc nie chcąc, buduje przeświadczenie, że obejrzymy chronologiczną opowieść wizualną.
Struktura i skala
Wchodząc do budynku stołecznego MSN-u, okazuję się, że na ekspozycje „Kwestii kobiecej” przeznaczono wyłącznie jedno piętro – i to nie całe! Jest to lekkie zaskoczenie, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że „Wystawie niestałej. 4 x Kolekcja” poświęcono dwa piętra, a zawierała ona 50 prac mniej. Jednak sztuka to nie statystyka, więc skupmy się na samych doznaniach.
Pierwsze, co rzuca się w oczy przy wejściu na wystawę, to brak linearności. Dotyczy to zarówno sal z eksponatami, jak i samych elementów ekspozycji. Po dotarciu na piętro stajemy przed wyborem przestrzeni „B” lub „C”. Przy czym literą „C” oznaczono dodatkowo inną ekspozycję – „Miasto kobiet”, co wprowadza niepotrzebną dezorientację.
Po odnalezieniu się w zaproponowanym układzie naszym oczom ukazuje się pierwszy segment wystawy. Umieszczony na ścianie opis potwierdza, że zrezygnowano z chronologicznego układu prac na rzecz tematycznych rozdziałów. Poczucie dezorientacji nie mija, ale wiemy przynajmniej, że to celowy zamysł kuratorki.
Rozmaitość
„Kwestię kobiecą 1550–2025” podzielono na 9 działów tematycznych. Stanowią one opowieść wizualną opartą na skojarzeniach i wybranych wątkach z kobiecej historii sztuki. Segmenty dotyczą chociażby: edukacji artystycznej kobiet, tożsamości zawodowej, stawiania oporu wobec patriarchatu, czy też zagadnień bardziej metaforycznych – związanych z wyrażaniem własnej tożsamości.
Przestrzeń wystawienniczą wypełniają rozmaite formy sztuki: począwszy od malarstwa, przez rzeźbę, aż po multimedia. Przemierzając sale wystawowe, wertujemy wzrokiem prace z okresu renesansu, baroku, jak i te nowoczesne. Stykamy się z pracami artystek, które manifestowały swoją kobiecość przez ostatnie 500 lat. Style i epoki mieszają się ze sobą, przez co w ramach jednej wystawy jesteśmy w stanie zobaczyć pracę: Betty Tompkins, Artemisii Gentileschi, Tamary Łempickiej, czy Marie-Nicole Vestier-Dumont.
Szczególnie cieszy fakt, że zdecydowano się pokazać dzieła poruszające motywy spoza zachodnioeuropejskiego kręgu kulturowego. Tym samym, wprowadzając szersze ujęcie widoczności sztuki kobiet. Dzięki temu obserwujemy chociażby obrazy Soni Boyce „Ryż z groszkiem” czy Arisy Yoshioka „Cóż za piękny, piękny dzień”, a także pracę Faith Ringold.

Solidna koncepcja czy zwykły miszmasz?
Dzieła, choć pojedynczo potrafią przyciągnąć swoim kunsztem lub zamysłem, w narzuconych segmentach nie do końca ze sobą współgrają. W zaproponowanym układzie to widz ma sam eksplorować mnogość estetyk z różnych wieków. Paradoksalnie ta wolność i bogactwo materiału nie do końca działają. Po zachwycie nad ich rozmaitością przychodzi moment zagubienia.
Oczywiście tak obszerną, ale też skomplikowaną, historię kobiet w świecie sztuki ciężko skondensować w ramach jednej wystawy. Choć podkreślmy, że nowe przestrzenie wystawiennicze MSN-u mają naprawdę spory potencjał, którego w tym przypadku nie uwolniono. Zrezygnowanie z jakiejkolwiek chronologii bardziej utrudnia niż pomaga w odbiorze, a natłok epok i tematów wprowadza zamieszanie, co odciąga uwagę od naprawdę ciekawych wątków, takich jak np. „artysta nieznany był kobietą” czy „moc palety”.
Z jednej strony kuratorka Allison M. Gingeras chciała postawić na „nową formę historii sztuki”, z drugiej zaś widzimy wystawę skomponowaną bardzo grzecznie – obraz obok obrazu, rzeźba obok rzeźby. Tym samym otrzymujemy pewną pozostałość z klasycznej konwencji ułożenia eksponatów, połączoną z brakiem chronologii.
Przystępność przekazu
Narracja wizualna oparta na blokach tematycznych nie jest czymś złym, po prostu w tym przypadku wydaje się nietrafiona. Zaprezentowana ekspozycja stricte nawiązuje do konkretnych momentów historii, ale pomija ich zależność oraz następstwa, co wprowadza zamieszanie i brak jasności.
Niedoreprezentowany wątek sztuki tworzonej przez kobiety to ważny temat, który ma szansę przyciągnąć tłumy zainteresowanych, co warto mieć na uwadze przy projektowaniu przekazu. Nie każdy odwiedzający dysponuje odpowiednim kapitałem społeczno-kulturowym, żeby w pełni samemu odnaleźć się w konceptualnej formie opowieści. Dlatego „otwartą formę” wystawy w pełni skonsumują wyłącznie osoby zaznajomione z kanonami sztuki oraz kultury.
Co prawda zastosowano pewne rozwiązania ułatwiające odbiór, takie jak np. oprowadzanie kuratorskie, papierowe przewodniki, niemniej gryzie się to z pierwotnym zamysłem samodzielnego odkrywania dzieł. Chodzi bardziej o kompleksowo pomyślane rozwiązania narracyjne. Takie, które rzeczywiście pomogą w odbiorze nawet osobom, które nigdy wcześniej nie odwiedzały tego rodzaju przedsięwzięć.
Sztuka dla każdego?
Przystępny przekaz to nie tylko problem wystawy „Kwestia kobieca 1550–2025, a ogólnie wydarzeń z zakresu sztuki współczesnej. Niestety, często pojęcie egalitaryzmu pozostaje wyłącznie sloganem w opisie kuratorskim. Praktyka jest zgoła inna. Niejednokrotnie ekspozycje w obrębie sztuki najnowszej budowane są na wyrafinowanych koncepcjach – takich, które zdolni są przyswoić jedynie „wybrani” posługujący się odpowiednim „kodem”.
Stąd też prawdopodobnie bierze się brak zrozumienia dla sztuki współczesnej wśród społeczeństwa. Taka sytuacja tworzy otoczkę elitaryzmu, jednocześnie legitymizując przewagę formy nad treścią i rzemiosłem. W aspekcie tego zjawiska wymowne wydaje się wideo z inauguracji omawianej wystawy opublikowane na kanale Youtube Vouge Polska. Z jednej strony na nagraniu widzimy, jak luksusowe samochody podwożą pod budynek VIP–ów, a z drugiej jak kuratorka mówi o przystępności wystawy, a może to tylko zbieg okoliczności.
Wystawa „Kwestia kobieca 1550–2025” w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej pozostaje dostępna dla zwiedzających do 3 maja 2026 roku.
Fot. nagłówka – Kacper Lipka
O autorze
Student dziennikarstwa i medioznawstwa w Katedrze Fotografii Uniwersytetu Warszawskiego, absolwent socjologii Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Interesują go wizualne formy narracji — od kina arthouse po dawne ikony. Kulturę postrzega z perspektywy socjologicznej i filozoficznej, poszukując punktów styku między teorią a praktyką. Na co dzień dokumentuje warszawskie ulice za pomocą medium fotografii ulicznej.


