Druga kadencja Donalda Trumpa zmienia sposób użycia amerykańskiej armii – zarówno za granicą, jak i w kraju. Wśród żołnierzy rośnie niepokój: o sens wojny z Iranem, polityzację wojska i granice posłuszeństwa wobec prezydenta.
Od sceptycyzmu wobec wojen do demonstracji siły
Donald Trump przez lata budował wizerunek polityka sceptycznego wobec zagranicznych interwencji militarnych. Podczas kampanii wyborczych wielokrotnie krytykował amerykańskie zaangażowanie w konflikty na Bliskim Wschodzie, a wojnę w Iraku określał jako „wielki błąd”. W jego narracji dominowała obietnica zakończenia epoki niekończących się wojen oraz przywrócenia Ameryce polityki bardziej skoncentrowanej na interesach wewnętrznych.
Jednak w trakcie drugiej kadencji podejście Trumpa wobec użycia siły militarnej zaczęło się wyraźnie zmieniać. Retoryka prezydenta coraz częściej podkreślała potęgę amerykańskich sił zbrojnych i ich rolę jako narzędzia projekcji globalnej siły. Trump chętnie mówi o „najpotężniejszej, najbardziej zabójczej i najbardziej zaawansowanej technologicznie armii na Ziemi”. W jego wypowiedziach pojawia się przekonanie, że właśnie demonstracja militarnej przewagi jest najskuteczniejszym sposobem ochrony interesów Stanów Zjednoczonych.
Zmiana ta nie ogranicza się do retoryki. W ostatnim czasie administracja coraz częściej sięga po instrumenty militarne zarówno w polityce zagranicznej – na przykład w kontekście działań wobec Iranu – jak i w sprawach wewnętrznych, choćby poprzez wykorzystanie Gwardii Narodowej podczas napięć społecznych w amerykańskich miastach.
To rodzi pytania o to, jak w tej nowej rzeczywistości odnajdują się sami żołnierze oraz środowisko wojskowe.
Żołnierze między obowiązkiem a niepewnością
W amerykańskich siłach zbrojnych służba od zawsze opierała się na jasnym kontrakcie moralnym. Żołnierz zobowiązuje się do gotowości poniesienia najwyższej ofiary, ale w zamian oczekuje, że decyzje o użyciu siły będą podejmowane z najwyższą powagą i w oparciu o klarowną strategię.
Dziś wielu wojskowych zaczyna jednak odczuwać narastający niepokój związany z brakiem jasności co do celów operacji prowadzonych przez administrację. Konflikt z Iranem jest dla wielu symbolem tej sytuacji. W przestrzeni publicznej pojawiają się sprzeczne komunikaty dotyczące zarówno jego charakteru, jak i celów. Z jednej strony mówi się o ograniczonej operacji mającej zapobiec eskalacji konfliktu, z drugiej pojawiają się sugestie dotyczące zmiany reżimu w Teheranie. Taka niespójność przekazu sprawia, że żołnierze i ich rodziny coraz częściej zastanawiają się, dokąd właściwie zmierza ta wojna.
Nie jest to jedynie kwestia strategicznej analizy. Dla ludzi w mundurach oznacza to bardzo konkretne konsekwencje – niepewność dotyczącą możliwego wysłania na front, planowania życia rodzinnego czy przyszłości zawodowej.
Szczególnie silne emocje wywołały doniesienia o możliwym amerykańskim ataku rakietowym na szkołę dla dziewcząt w Iranie, w którym zginęło wiele dzieci. Choć okoliczności zdarzenia pozostają przedmiotem dochodzenia, sam sposób reakcji administracji stał się przedmiotem ostrej debaty.
Od dziesięcioleci Stany Zjednoczone podkreślają, że jednym z fundamentów ich działań wojennych jest maksymalne ograniczanie ofiar cywilnych. Wynika to nie tylko z obowiązków prawnych wynikających z konwencji międzynarodowych, ale również z powodów moralnych i strategicznych. Zabijanie cywilów podważa bowiem wiarygodność państwa oraz utrudnia realizację celów wojskowych.
Właśnie dlatego brak jednoznacznej reakcji na tak poważne oskarżenia budzi niepokój wśród wielu żołnierzy. Dla ludzi, którzy przez lata szkoleni byli w przekonaniu, że amerykańska armia działa w oparciu o rygorystyczne standardy etyczne, sytuacja ta staje się symbolem głębszego problemu.
Dodatkowe kontrowersje wywołały decyzje o drastycznym ograniczeniu zespołów zajmujących się analizą i minimalizowaniem szkód cywilnych podczas operacji wojskowych. Zespoły te powstały w poprzednich latach właśnie po to, by zapobiegać tragediom podobnym do tej, o której dziś mówi się w kontekście Iranu.
Powrót lęku przed „wiecznymi wojnami”
Administracja Trumpa wielokrotnie zapewniała, że nowa operacja nie stanie się kolejnym „wiecznym konfliktem” na Bliskim Wschodzie. Jednak dla wielu żołnierzy takie deklaracje brzmią mało przekonująco.
Amerykańskie społeczeństwo i armia mają za sobą ponad dwie dekady doświadczeń związanych z długotrwałymi operacjami w Afganistanie i Iraku. Właśnie dlatego każda nowa interwencja w regionie automatycznie budzi obawy, że historia może się powtórzyć.
Niepokój potęgują także kwestie finansowe. Według szacunków Pentagonu koszt dotychczasowych działań przekroczył już miliardy dolarów, a część analityków uważa, że realne wydatki są znacznie wyższe. Jednocześnie w Stanach Zjednoczonych rośnie presja ekonomiczna – rosną ceny paliw i koszty życia.
Dla wielu wojskowych rodzi to pytanie, czy kraj rzeczywiście może sobie pozwolić na kolejny długotrwały konflikt.

Styl przywództwa i jego odbiór w armii
W wojsku szczególne znaczenie ma sposób sprawowania przywództwa. Żołnierze są przyzwyczajeni do jasnej hierarchii, ale jednocześnie oczekują od swoich dowódców kompetencji i powagi.
Dlatego styl komunikacji obecnej administracji bywa w środowisku wojskowym odbierany z dystansem. Wśród żołnierzy często pojawia się sceptycyzm wobec przesadnie patetycznej retoryki czy demonstracyjnej manifestacji siły, jeśli nie idzie za nią spójna strategia.
W wojsku istnieje nawet pewien nieformalny stereotyp młodego oficera, który wkracza do jednostki z wielkim przemówieniem o swojej wizji przywództwa, by po kilku tygodniach przekonać się, że doświadczeni żołnierze potrafią szybko zweryfikować realne kompetencje dowódcy.
Podobne reakcje pojawiają się dziś wobec niektórych politycznych liderów odpowiedzialnych za kierowanie armią.
Spór o „odpolitycznienie” czy ideologiczną przebudowę
Jednym z głównych projektów obecnej administracji jest próba usunięcia z armii tego, co jej przedstawiciele określają mianem „ideologii woke”. W praktyce oznacza to m.in. przegląd standardów rekrutacyjnych czy zasad dotyczących różnorodności w siłach zbrojnych.
Dla części środowisk wojskowych jest to próba przywrócenia wyłącznie „meritokratycznych” zasad funkcjonowania armii. Jednak krytycy uważają, że w rzeczywistości chodzi o ideologiczną przebudowę instytucji.
Wskazują przy tym na symboliczne gesty i język używany przez niektórych polityków, który bywa odbierany jako wykluczający wobec kobiet czy mniejszości. Tymczasem współczesna armia amerykańska jest jedną z najbardziej zróżnicowanych instytucji w państwie – zarówno pod względem płci, jak i pochodzenia etnicznego czy orientacji seksualnej.
Według wielu analityków ograniczanie tej różnorodności mogłoby nawet utrudnić rekrutację nowych żołnierzy, która już dziś stanowi poważne wyzwanie dla Pentagonu.
Armia na ulicach amerykańskich miast
Jeszcze bardziej kontrowersyjny jest sposób wykorzystywania wojska w polityce wewnętrznej. W ostatnich latach Gwardia Narodowa była wielokrotnie federalizowana i wysyłana do miast takich jak Los Angeles, Chicago czy Portland.
Oficjalnym celem tych działań było przywracanie porządku podczas protestów lub walki z przestępczością. Jednak dla części opinii publicznej oznaczało to przekroczenie delikatnej granicy między bezpieczeństwem a militaryzacją życia publicznego.
Wśród żołnierzy również pojawia się dyskomfort związany z takimi misjami. Amerykańska tradycja wojskowa zawsze podkreślała wyraźny podział między armią a polityką wewnętrzną.
Choć prawo zobowiązuje żołnierzy do odmowy wykonania rozkazu niezgodnego z prawem, w praktyce bardzo rzadko dochodzi do sytuacji, w której dowódcy niższego szczebla decydują się zakwestionować decyzje politycznego zwierzchnictwa.
Lęk przed eskalacją polityczną
Najbardziej pesymistyczne scenariusze, o których dyskutuje się dziś w niektórych środowiskach eksperckich, dotyczą potencjalnego wykorzystania sił federalnych w kontekście przyszłych wyborów.
Obawy te wynikają z przekonania, że administracja może próbować użyć aparatu bezpieczeństwa do wpływania na sytuację w dużych miastach, szczególnie tam, gdzie dominują wyborcy Partii Demokratycznej.
W odpowiedzi na takie scenariusze część organizacji skupiających weteranów pracuje nad planami wsparcia dla władz stanowych. Chodzi między innymi o przygotowanie procedur pozwalających na szybkie wykorzystanie Gwardii Narodowej w celu deeskalacji potencjalnych konfliktów. Choć takie działania mają charakter czysto prewencyjny, sam fakt ich planowania pokazuje skalę napięć w amerykańskiej polityce.
Jednym z najbardziej fundamentalnych pytań pozostaje to, czy w skrajnej sytuacji wojsko mogłoby sprzeciwić się prezydentowi. Historia pokazuje, że w stabilnych demokracjach wojskowe zamachy stanu niemal nigdy nie prowadzą do wzmocnienia demokracji. Dlatego nawet najbardziej krytyczni wobec obecnej administracji obserwatorzy podkreślają, że taki scenariusz byłby skrajnie niepożądany.
Jednocześnie pojawia się przekonanie, że w sytuacji poważnego kryzysu moralną odpowiedzialnością najwyższych dowódców byłoby publiczne wyrażenie sprzeciwu — choćby poprzez demonstracyjne rezygnacje ze stanowisk. Tego rodzaju gesty zdarzały się w przeszłości, jednak najczęściej miały charakter cichy i nie były szeroko komentowane.
Armia między lojalnością a demokracją
Amerykańskie siły zbrojne od ponad dwóch stuleci funkcjonują w oparciu o zasadę cywilnej kontroli nad wojskiem. To jeden z fundamentów amerykańskiej demokracji.
Jednocześnie żołnierze składają przysięgę nie na wierność prezydentowi, lecz konstytucji. Ta subtelna, ale niezwykle istotna różnica jest dziś coraz częściej przywoływana w debatach o roli armii w czasach głębokiej polaryzacji politycznej.
W epoce Trumpa 2.0 pytanie o granice lojalności i odpowiedzialności wojskowych powraca z nową siłą. Dla wielu obserwatorów nie chodzi już tylko o konkretną administrację, lecz o przyszłość relacji między wojskiem a polityką w Stanach Zjednoczonych.
Fot. nagłówka: Wikimedia Commons
O autorze
Studentka prawa i lingwistyki stosowanej, zaangażowana w działalność Ladies of Liberty Alliance. Laureatka licznych stypendiów w Stanach Zjednoczonych, miłośniczka polityki amerykańskiej.


