Przejdź do treści

2026 nowym 2016? O nostalgii drzemiącej w pokoleniu Z

Jeśli kiedykolwiek marzyliście o podróży w czasie, mam dla was ekscytujące wieści – teraz jest ona możliwa! Od kiedy w Internecie zagościł trend głoszący, że 2026 jest nowym rokiem 2016, wszystkie platformy społecznościowe zalała fala zdjęć z kolorowymi filtrami, a w radiu coraz częściej można usłyszeć stare kawałki Justina Biebera czy Zary Larsson. Skąd ten nagły zwrot ku przeszłości? Dlaczego pokolenie Z i millenialsi tak bardzo tęskni za minioną dekadą?

Nowy rok, nie tak nowy trend

Z końcem grudnia ubiegłego roku do Internetu masowo zaczęły napływać zdjęcia i filmiki z hasztagiem 2016, pod którym obecnie na Instagramie kryje się prawie 40 milionów postów. Zdjęcia z kolorowymi filtrami ukazujące życie sprzed dekady niemal całkowicie zalały media społecznościowe, tym samym przenosząc swoich odbiorców w podróż do przeszłości. Zjawisko to zaobserwować można głównie wśród kont Zetek i millenialsów – co więc za tym stoi? Dlaczego to właśnie oni rozpowszechnili ten trend?

Pokolenia młodych dorosłych coraz częściej wracają myślami do czasów, gdy byli jeszcze dziećmi bądź nastolatkami, wyraźnie je romantyzując. Właściwie, co się temu dziwić – były to czasy, gdy słowo „cringe” nie było aż tak rozpowszechnione jak jest dzisiaj, a życie wydawało się proste i przyjemne. Świat obserwowało się przez kolorowe filtry, które barwiły nie tylko niebo czy drzewa, ale również nasze marzenia. Muzyka wtedy miała w sobie coś radosnego i wakacyjnego, słuchając jej nogi same rwały się do tańca. Znacznie częściej spotykaliśmy się z przyjaciółmi niż z nimi pisaliśmy, a to dlatego, że życie toczyło się głównie poza Internetem. Profile na Instagramie nie były osobistą marką czy portfolio, służyły za pamiętniki pełne barwnych wspomnień. Teraz ludzie zdają się być coraz bardziej przebodźcowani i zmęczeni social mediami. Doskwiera im tęsknota za czasami offline. Wydaje mi się, że to właśnie ta tęsknota – za prawdziwym życiem, tym rozgrywającym się tu i teraz – pchnęła pokolenie Z i millenialsów do próby przywrócenia estetyki sprzed dziesięciu lat. Chociaż czy można to nazwać estetyką? Wtedy nikt tak o tym nie myślał. Tak po prostu wyglądało życie.

Nie należy jednak zapominać o tym, że nie wszystko było tak kolorowe, jak obecnie jest to przedstawiane. 2016 nie był tylko rokiem beztroskiej zabawy i wybierania outfitów na Coachellę – na scenie polityki międzynarodowej również sporo się działo. W czerwcu tamtego roku odbyło się referendum, podczas którego Wielka Brytania zadecydowała o wyjściu z Unii Europejskiej. Wtedy również po raz pierwszy prezydenturę w Stanach Zjednoczonych objął Donald Trump, wygrywając tym samym z Hillary Clinton. W 2016 roku pożegnaliśmy się również z kilkoma ikonami świata muzyki – Princem, Davidem Bowie oraz Georgem Michaelem. Dość głośnym wydarzeniem w Polsce natomiast było wprowadzenie Programu Rodzina 500 plus.

Życie w erze SnapChata i skinny jeansów

Zanim zaczęto kolekcjonować labubu i zajadać się dubajską czekoladą, na świecie rządziły takie trendy jak „mannequin challange” czy „bottle flip challange”. Najbardziej cool rzeczą, jaką można było posiadać, był fidget spinner, a „dabowanie” stanowiło odpowiednik przybicia piątki czy okrzyku radości. Do robienia zdjęć używało się głównie SnapChata, na którym królował filtr z pieskiem. (Kto nie zrobił sobie nigdy fotki z psimi uszami i językiem, niech pierwszy rzuci kamieniem). Popularna była również aplikacja VSCO do przerabiania zdjęć i nakładania na nie kolorowych filtrów. W wolnych chwilach nagrywało się lip-sync na musical.ly, poprzedniku TikToka, które wtedy dopiero raczkowało w Polsce. Żyliśmy chwilą, czerpiąc z każdego dnia pełnymi garściami i uparcie wierząc w przekaz motywujących cytatów, którymi dzieliliśmy się na Facebooku.

A jak wyglądała moda w 2016 roku? Co każdy nastolatek trzymał w swojej szafie, aby być na czasie? Pokoleniu Alfa prawdopodobnie opadłyby szczęki, gdyby ktoś im powiedział, że kiedyś zamiast baggy spodni z szerokimi nogawkami nosiło się skinny jeansy, nazywane potocznie rurkami. Patrząc wstecz nie potrafię przypomnieć sobie ani jednej osoby z mojego otoczenia, która by w nich nie chodziła. Sama również posiadałam kilka par w różnych kolorach. Do tego bomberka oraz koszulka z krzykliwym hasłem lub kolorową grafiką, za pomocą której wyrażało się siebie. Pamiętam, że idąc przez miasto co chwilę mijałam ludzi w adidasach superstarach i vansach old school. Tym, co również opanowało zarówno sklepy odzieżowe, jak i przybory szkolne, był print galaxy. Pojawiał się on na leginsach, bluzach, zeszytach, teczkach czy plecakach. Był dosłownie wszędzie. Mimo że sama z sentymentem wspominam tamte czasy, otwarcie apeluję o niewskrzeszanie tego konkretnego trendu. Skinny jeansy, proszę bardzo, ale zapomnijmy o princie galaxy.

Powszechnie wiadomo, że moda lubi zataczać koło. Według Prawa Lavera, trend w modzie ponownie staje się chciany i atrakcyjny dopiero po upływie ponad 50 lat od momentu wkroczenia na rynek. Obecny cykl modowy zaskoczyłby Jamesa Lavera, gdyż wystarczy zaledwie dziesięć lat, aby ludzie od nowa zakochali się w danych trendach. Istotną rolę odgrywa w tym TikTok, który przyczynił się do wzrostu mikrotrendów. Moda nie zmienia się już co kilka miesięcy czy kilka lat, lecz można odnieść wrażenie, że niemalże z dnia na dzień. To, co wczoraj królowało na ulicach Nowego Jorku, już jutro może być uznane za brzydkie i zastąpione kolejnym trendem, który równie szybko zniknie, co się pojawił. Stąd wniosek: jeśli chcesz się dobrze ubierać, musisz być na czasie. Musisz śledzić trendy, a co za tym idzie – nieustannie przebywać w Internecie. Jak to więc jest? Chcemy wrócić do beztroskich czasów offline, jednocześnie siedząc z nosem w ekranie, by dowiedzieć się, jak się wtedy ubierano, by lepiej poczuć tamtejszy klimat.

Hymny czasów młodości

O 2016 roku można powiedzieć różne rzeczy, ale był to przede wszystkim czas naprawdę dobrej muzyki. To właśnie wtedy wyszły takie hity jak Let Me Love You Justina Biebera i DJ Snake’a, Into You Ariany Grande czy Still Falling For You Ellie Goulding. Ukazało się wówczas także kilka świetnych albumów, m.in. „Anti” Rihanny, „Lemonade” Beyonce, „Nice Track Mind” Charliego Putha oraz „Illuminate” Shawna Mendesa. Stacje radiowe oszalały na punkcie takich utworów jak Love On The Brain czy chociażby Treat you better. W 2016 roku na playlistach królowali także Alan Walker, Zara Larsson, Sia oraz Chainsmokers w duecie z Halsey z utworem Closer. Sama pamiętam, że gdy tata zawoził mnie do szkoły trudno było mi wyskoczyć z samochodu, bo za każdym razem, gdy podjeżdżaliśmy pod bramę, w radiu leciała któraś z moich ulubionych piosenek, którą oczywiście musiałam przesłuchać do końca. Tym, co także zachowało się w mojej pamięci jest teledysk Coldplay’a do singla Hymn For The Weekend – pastelowe kolory, świeżość i magiczna atmosfera z marszu stały się i moim hymnem, nie tylko weekendowych ale wręcz całorocznym.

Poza słuchaniem muzyki często chodziło się wtedy do kina, szczególnie że wówczas premierę miały takie filmy jak La la land, Zwierzogród, a także Deadpol. 2016 był również szczególnym rokiem, ponieważ to wtedy w Polsce zadebiutował Netflix, bez którego obecnie wielu z nas nie potrafi wyobrazić sobie życia. Serialem, który zaskarbił sobie wówczas miliony fanów, okazało się Stranger Things. Za dość zabawny uważam fakt, że wraz z trendem na powrót do 2016 roku dostaliśmy finałowy odcinek tego właśnie serialu, nad którym prace trwały całą dekadę.

Dwudziestolatkowie, którzy czują się starzy

Przeczytałam niedawno artykuł z BBC, w którym napisane zostało, że czujemy nostalgię szczególnie do tych piosenek, których nałogowo słuchaliśmy będąc nastolatkami niż w na jakimkolwiek innym etapie życie i co ciekawe – jest to psychologiczne uwarunkowanie. Nazywa się to efektem reminiscencji i jest zjawiskiem, w którym osoby mające czterdziestkę na karku wykazują wyraźną zdolność do przywoływania wspomnień z okresu czasów nastoletnich i adolescencji, trwającą między dziesiątym a trzydziestym rokiem życia. Jest to czas, w którym odkrywamy siebie, kształtujemy swoją tożsamość i doświadczamy wielu rzeczy po raz pierwszy. Nasze ciała i umysły stanowią pewnego rodzaju gąbkę – wchłaniają wszystko kilkukrotnie bardziej, przez co nasze wspomnienia z tamtego okresu są znacznie żywsze. Pierwszy pocałunek. Pierwszy dzień w liceum. Pierwszy wyjazd na obóz. Pierwsza poważna kłótnia z przyjacielem. Emocje, które wówczas w nas buzują, i których doświadczamy po raz pierwszy, nieświadomie łączą się z muzyką obecną w naszym życiu.

To by wyjaśniało, dlaczego obecne pokolenie młodych-dorosłych z rozczuleniem twierdzi, że w 2016 roku muzyka była lepsza i tak gorączkowo pragnie przywrócić lata świetności. Nie chodzi o to, że ówczesne piosenki były ponadprzeciętnie wybitne, ale wiążą się z nimi wspomnienia i emocje tak silne, że nieco zniekształcają nasz obraz postrzegania co poniektórych wydarzeń.

Zastanawia mnie jednak to, że zjawisko to przypisywane jest głównie czterdziestolatkom – w tym przypadku pokoleniu X – a to właśnie młodsze pokolenia zdają się tak uporczywie tęsknić za przeszłością. Czy oznacza to, że Zetki i millenialsi szybciej się starzeją? A przynajmniej duchem. Sama kończę w tym roku 23 lata i już teraz z ręką na sercu mogę wyznać, że niekiedy zdarza mi się narzekać na współczesne „hity” lecące w radiu i powtarzać znane formułki typu „Za moich czasów…” albo „Gdy byłam młodsza…”. Czy życie w biegu, które zafundował nam Internet i mikrotrendy faktycznie wydobywa z nas aż nadto sentymentalnych dwudziestokilkulatków?

Być może moje pokolenie tak bezwiednie rozpływa się w nostalgii, ponieważ cząstka naszego nastoletniego życia została nam raz na zawsze odebrana? Pandemia przypadła przecież na czasy, w którym przebywaliśmy w liceum bądź wybieraliśmy się na studia. Może więc z trendem na 2016 nie chodzi tylko o to, że chcemy powrócić do tego konkretnego roku, ale do tamtych czasów sprzed pandemii. Do czasów, gdy TikTok czy Instagram nie kierowały naszym poczuciem własnej wartości, a algorytmy nie decydowały jak będziemy się ubierać czy jakiej muzyki słuchać. Może stare piosenki Ariany Grande, Rihanny i Shawna Mendesa przypominają nam o latach młodości, której nie mogliśmy doświadczyć w pełni?

Wspomnienia, które blakną w tłumie

Przeglądając media społecznościowe natknęłam się na mnóstwo grafik i filmików, na których przedstawiony został „aesthetic 2016”. Wpatrując się w małe ikonki palm, fidget spinnerów i shake’ów ze Starbucksa, próbowałam porównać je z moimi wspomnieniami. Czy kojarzę, że to wtedy wyszła piosenka Lush Life Zary Larsson? Czy to wtedy tak bardzo modne stały się eosy w kulkach? To wtedy ludzie oszaleli na punkcie wąsów jako motywu graficznego i tatuowali je sobie na palcach? Potrzebowałam paru chwil, aby znaleźć w Internecie odpowiedzi na te pytania, po czym okazało się, że część tych wspomnień nie była prawdziwa. Piosenka Zary Larsson wcale nie wyszła w 2016 roku, lecz w 2015. A szał na motyw graficzny wąsów przypadł na lata 2010–2014. Jak to więc jest z tą pamięcią zbiorową?

Być może zadziałał tu Efekt Mandeli. Jest to zjawisko, w którym duża grupa ludzi podziela te same błędne wspomnienia. Mówiąc prościej: opisuje sytuację, w której wiele osób twierdzi, że pamięta wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. W historii zapisało się trochę podobnych przypadków, w których ludzie mylili daty śmierci innych osób, bądź kultowe cytaty z filmów. Nie jest to więc nic nowego, a jednak budzi pewne zainteresowanie. W tym przypadku Efekt Mandeli może być połączony z iluzją częstotliwości (znaną również jako fenomen Baader-Meinhof), będącą błędem poznawczym, w którym po zauważeniu czegoś po raz pierwszy zaczynamy dostrzegać to coraz częściej w naszym otoczeniu. To by wyjaśniało, dlaczego aż tylu ludzi twierdzi, że pamiętają jak w 2016 roku odkryty został filtr Rio de Janeiro – który w rzeczywistości używany był już w roku 2014. Im więcej ludzi pisze o tym w Internecie, tym więcej osób zaczyna w to wierzyć i powielać tę narrację.

Pierwsze kroki w gimnazjum i faza na Shawna Mendesa

A jak ja wspominam rok 2016? Był to dla mnie dość przełomowy moment, ponieważ skończyłam szóstą klasę i przyodziałam mundurek gimnazjalny (jak się wkrótce okazało, mój rocznik został tym ostatnim rozpoczynającym naukę w gimnazjum). Pamiętam, jak w wakacje poprzedzające szkołę nałogowo słuchałam Shawna Mendesa, Duy Lipy i Charliego Putha. Skinny jeansy stanowiły podstawę każdego dobrego outfitu, który uzupełniałam kolorowymi conversami. Wraz z przyjaciółkami przerwy spędzałyśmy biegając po korytarzach i opowiadając sobie zabawne historie, a podczas zajęć z informatyki po kryjomu słuchałyśmy naszych ulubionych piosenkarzy, ustawiając ich twarze jako tapety na komputerach. Pamiętam też, że to właśnie w 2016 roku po raz pierwszy przeczytałam Harry’ego Pottera oraz Percy’ego Jacksona, a razem z przyjaciółkami omawiałyśmy zagmatwane wątki z Akademii Dobra i Zła, która dostarczała nam wówczas tyle emocji, ile obecnie Stranger Things czy Bridgertonowie. 

Nie był to idealny czas, ale zdecydowanie było w nim coś magicznego. Kolory wydawały się żywsze, muzyka radośniejsza, a dni dłuższe i pogodniejsze. Możliwe jednak, że tak odbierało się rzeczywistość, gdy było się młodszym, a otaczający nas świat jawił się jako ogromny i pełen niezwykłości, do których obecnie przywykliśmy. Jako dzieci czy wchodzący w dorosłość nastolatkowie, większość z nas nie była w pełni świadoma tego, co dzieje się na arenie politycznej, nie byliśmy obrzucani informacjami z każdej strony, a kilkugodzinne scrollowanie TikToka czy Instagrama po prostu nie istniało. Zdaję sobie sprawę, że i ja prawdopodobnie romantyzuję tamten okres, ale czy jest w tym coś złego? Przeglądając stare zdjęcia oraz filmy czuję ciepło rozlewające mi się po sercu, bo wiem, że tamte dni były wyjątkowe, bo przydarzyły się tylko raz. Dlatego, kto to wie, może gdy minie kolejna dekada z czułością będziemy rozpamiętywać czasy tańców na TikToku i „szponcenia”, a słysząc utwory takich artystów jak Olivia Rodrigo, Sombr czy Addison Rae zakręci nam się w oku łza?

Wiem jedno: jeśli chcemy znowu poczuć się jak młodsze wersje nas i doświadczyć świata w pełnej palecie jego barw musimy zacząć żyć naprawdę. Nie w Internecie, nie wśród postów i rolek, ale na zewnątrz, wśród ludzi, szumu miasta i śpiewu natury.

O autorze

Jestem absolwentką Uniwersytetu Wrocławskiego, na którym studiowałam twórcze pisanie i edytorstwo. Uwielbiam podróżować do miejsc magicznych i mglistych znajdujących się na mapach, ale także tych istniejących jedynie na stronach powieści. Uważam, że wszystko, co nas spotyka w życiu, dzieje się z jakiegoś powodu.